21 września na oficjalnej stronie R.E.M. obwieszczono, że jeden z największych zespołów rockowych w dziejach przechodzi do historii. Gdy rozpada się legendarny zespół, zawsze taka wiadomość przygnębia – szczególnie, jeśli jest się jego fanem. Amerykańska grupa to bez wątpienia czołówka moich ulubionych kapel... ale nie byłem jakoś szczególnie załamany. Trochę żal, że nie uda mi się ich już nigdy zobaczyć na żywo (muzycy zdecydowanie zaprzeczają, pytani o ewentualność spontanicznych reaktywacji koncertowych). Ale jeśli chodzi o ich dokonania muzyczne... Umówmy się – chociaż właściwie zawsze płyty R.E.M. trzymały wysoki poziom (nie wyłączając udanych ostatnich albumów), to swą pozycję ojców chrzestnych alternatywy i kapeli wypełniającej największe obiekty koncertowe wypracowali lata temu. Jak by się teraz nie starali, dalsze istnienie R.E.M. byłoby tylko dyskontowaniem dawnych wielkich osiągnięć. A w dziejach tej grupy na pewno nie brakowało takich.
Dlaczego R.E.M. jest tak ważną grupą w historii muzyki? W latach 80. zyskała uznanie amerykańskiej sceny alternatywnej, obok takich grup jak Husker Du, Replacements i Sonic Youth była jej zdecydowanym liderem. I jako jedna z pierwszych grup niezależnych wyszła z podziemia, przechodząc do wielkiej wytwórni – Warner Bros. Osiągnęła oszałamiający sukces rynkowy, ale, co trzeba koniecznie podkreślić – bez żadnej zdrady, popadnięcia w prymitywną komercję. Zdaniem wielu największe dzieła stworzyli właśnie w okresie, gdy pracowali dla WB. I nawet przejście na „ciemną stronę mocy” nie spowodowało odwrócenia się od nich środowisk alternatywnych. R.E.M. wywarło wpływ niemal na każdego niezależnego muzyka w latach 80. i 90. w USA. Nie wiem jak ten zespół to robi. Boże, są najwięksi. Poradzili sobie z sukcesem jak święci, i ciągle wydają wielką muzykę. Te słowa jakiś czas po wydaniu najsłynniejszej płyty R.E.M. w 1992 roku wypowiedział niejaki Kurt Cobain. Grupa z Athens przecierała szlaki alternatywnym zespołom w wielkich wytwórniach – nie ulega wątpliwości, że utorowali w jakiś sposób drogę do kariery m.in. wspomnianym Sonic Youth i Cobainowi z Nirvaną. R.E.M. jako wielkie źródło inspiracji wymieniali także Eddie Vedder z Pearl Jam i muzycy Pavement. Oczywiście ogromną popularność R.E.M. zyskali także w naszym kraju – największą estymą cieszą się w Polsce dzieła z pierwszej połowy lat 90.
Tak więc, w uznaniu wszystkich zasług tej grupy, postanowiłem zainaugurować działalność mojego bloga, w zamierzeniu przede wszystkim muzycznego, moim prywatnym hołdem dla Michaela, Petera, Mike’a i Billa. Spróbowałem swoich sił jako recenzent i przedstawiam Wam moje spojrzenie na wszystkie albumy studyjne R.E.M. Życzę miłej lektury.
MURMUR (1983)
Przyznam, że bardzo lubię słuchać debiutanckich albumów słynnych zespołów. Styl tych grup nie jest jeszcze na takich płytach całkowicie wypracowany, nierzadko słychać jeszcze pewną nieporadność, ale najczęściej rekompensowana jest ona energią, jaką wykrzesać mogą jedynie pełnie entuzjazmu młodzieńcy. Niemniej jednak, debiutanckie albumy to często jedynie ciekawostki w dyskografii legendarnych zespołów. Rzadko się zdarza, by już za pierwszym podejściem nagrać doskonałą płytę. R.E.M. mało tego, że pierwszym albumem trafili w dziesiątkę. W moim odczuciu, Murmur to najlepsza płyta zespołu i zawiera esencję tego, co najlepsze w muzyce czwórki z Athens.
Z grubsza wszystkie elementy stylu R.E.M. mamy na tej płycie zarysowane. Pełne postpunkowej energii, dynamiczne numery (Radio Free Europe, Catapult, West of the Fields) sąsiadują z subtelnymi balladami, (Perfect Circle), a pokomplikowane rytmicznie numery (niosący echa Gang Of Four 9-9, i Pilgrimage w refrenie przypominający mi ... Dire Straits) sąsiadują z prościutkimi piosenkami, kojarzącymi się z popem lat 60. (cudowne We Walk). Jeśli chodzi o brzmienie... jest nie do pomylenia z innym zespołem. Janglepopowe ornamenty gitarowe Petera Bucka wprost ze szkoły The Byrds, mocno uwypuklone linie basowe Mike’a Millsa nadające nowofalowy posmak, i oczywiście charakterystyczna maniera wokalna Michaela Stipe’a. Michael raczej pomrukuje niż śpiewa, zresztą już tytuł albumu (szmer, pomruk) to aluzja do jego wokalistyki. Obrazu całości dopełniają enigmatyczne teksty, wystarczająco niezrozumiałe na papierze, a co dopiero, kiedy frontmen mamrocze je pod nosem.
Trzeba jeszcze dodać, że każda z 12 piosenek jest absolutnie bezbłędna, a jak na standardy alternatywnej grupy R.E.M. wyrobił 300% normy w dziedzinie melodyjności i chwytliwości. Z takim potencjałem nie mogli dłużej tkwić w podziemiu, mainstream prędzej czy później musiał się o nich upomnieć. Dowodem niech będzie pierwsza lokata w rankingu Rolling Stone’a na najlepszy album 1983 roku – Murmur wyprzedził Thrillera Michaela Jacksona, Synchronicity The Police i War U2! Słusznie.
(10/10)
RECKONING (1984)
Młode zespoły po nagraniu rewelacyjnego debiutu straszone są zazwyczaj tzw. syndromem trudnej drugiej płyty. Ciąży na nich presja udowodnienia całemu światu, że nie są „one hit wonder”, ale świadomymi artystami, którzy mają jeszcze wiele do powiedzenia. Niektóre zespoły rzeczywiście spalają się na tyle, że sofomor (jakby napisali redaktorzy Porcys) okazuje się kichą straszną. Muzycy R.E.M. nie byli nigdy nastawieni na sukces – właściwie to zachwyt, jaki wzbudził wśród fanów alternatywy Murmur był dla nich sporym zaskoczeniem, więc i presji specjalnej nie czuli. Dalej objeżdżali studenckie kluby, przemierzając Amerykę w vanie, grając koncerty dla mnóstwa spragnionych szczerej, niekomercyjnej muzyki fanów, i jakby przy okazji tworząc rok po roku genialne albumy. Następca Murmura, Reckoning, wydawać się może wręcz jego udoskonaloną, lepiej brzmiącą wersją. W dodatku słychać, że muzycy nabierają pewności siebie – zadziornie śpiewający w Little America Stipe to niewątpliwie nieco inny gość, który na debiutanckiej epce mamrotał Gardening At Night, brzmiąc jakby stał tyłem do mikrofonu. (Już Wtedy) Wielka Czwórka z Athens wciąż penetruje janglepopowo-nowofalowe rejony, z jeszcze bardziej przebojowymi kompozycjami – doskonałym przykładem otwierający Harborcoat, brzmiący jak ska przefiltrowane przez postpunk. Całkiem czadowo R.E.M. wypada też w Little America i Second Guessing. W tym drugim utworze trzy słowa wystarczą Stipe’owi, by stworzyć chwytliwy refren – podobnie zresztą jak w nieco bardziej stonowanym So. Central Rain (I’m Sorry). W najbardziej przebojowym i najlżejszym gatunkowo, kojarzącym się z country (Don’t Go Back To) Rockville przebojowy refren stanowi jedynie tytułowa fraza. Każdy zresztą numer ma tutaj hitowy potencjał – weźmy dynamiczne, jangle’owe Pretty Persuasion i Letter Never Sent. Nieco spokojniej R.E.M. wypada w orientalizującym, pomysłowym i wciągającym Time After Time (AnnElise) i trochę sennym Camera. Jeśli na płycie jest dziesięć wybornych, świeżo brzmiących nawet po trzydziestu latach utworów, to ocena jest oczywista. Strzał w dziesiątkę – znowu.
(10/10)
FABLES OF THE RECONSTRUCTION (1985)
College-rockowy kierunek z poprzednich płyt został utrzymany – dla mnie to bardzo dobra wiadomość. Niestety, jako całość FOTR nie broni się tak dobrze jak Murmur i Reckoning.
R.E.M. nie zawodzą w typowych dla wczesnego stylu, żwawych i przebojowych numerach – Driver 8 i Life And How To Live It. Green Grow The Rushes brzmi jak młodszy brat 7 Chinese Bros. – bardzo pogodny, jangle’owy numer, podpada nawet pod twee pop dzięki zniewalającemu la-la-la... Nasi bohaterowie zaczynają jednak kombinować – Kohoutek to mimo wszystko jeszcze byrdsowaty, jangle’owy R.E.M., ale Peter Buck bawi się dziwnym brzmieniem gitary. W Auctioneer słyszę wyraźne wpływy The Cure, sporo rzadko spotykanego dotąd u Remików mroku jest też w Maps and Legends i Old Man Kensey. W Can’t Get Here From There słychać zaskakującą inspirację funky i soulem – Stipe śpiewa nietypowo nisko, a już totalną niespodzianką jest akompaniament dęciaków. Najbardziej dziwacznie brzmi dla mnie Feeling Gravitys Pull – prawie zimna fala...
Słabszymi punktami wydają mi się przeciętne Wendell Gee, Maps and Legends i Old Man Kensey. Ale i tak jest dobrze – R.E.M. nie zamierza się zasklepiać w jednej stylistyce.
(8/10)
LIFES RICH PAGEANT (1986)
Otwierający płytę Begin the Begin uświadamia nam, że R.E.M. zdecydowanymi krokami zmierza w kierunku mainstreamowego rocka – Peter Buck wybiera ostry riff, potężnie brzmi perkusja, pojawiają się też nawiązujące do rocka lat 60. organy. Dynamicznie jest też w prawie punkowym, rewelacyjnym Just A Touch i These Days (coś pomiędzy Little America a Second Guessing). Zaskakuje korzennie country’owe intro w I Believe, choć akurat numer nie przeszkadzałby np. na Murmurze, podobnie jak kapitalna, szalona Hyena i byrdsowskie What We Give Away. Pewną nowością w muzyce R.E.M. jest akustyczna, smutna ballada w tradycyjnie folkowym stylu – Swan Swan H, to jakby zapowiedź najsłynniejszego albumu Stipe’a i spółki, Automatic for the People. W tym utworze, a także w I Believe słyszymy akordeon. Zupełnym zaskoczeniem jest nieco „meksykański” w brzmieniu Underneath the Bunker – raczej żart, gdyby go zabrakło album by nic nie stracił.Najlepsze fragmenty płyty? Flowers of Guatemala – z początku balladowy, z czasem nabiera mocy – oraz Cuyahoga, utwór poświęcony silnie zanieczyszczonej rzece o tej nazwie w stanie Ohio, z powalającym refrenem składającym się tylko z jednego słowa – specjalność R.E.M. (wspomnieć tylko późniejszy The One I Love).
(9/10)
DOCUMENT (1987)
Naturalną cezurą w historii R.E.M. powinno być przejście do wytwórni Warner Bros., ale moim zdaniem początkiem „nowożytnego” R.E.M. jest właśnie ostatni album w stajni IRS. Na tej płycie zespół definitywnie rozstał się z jangle’owym, „college rockowym” graniem, zbliżając się zdecydowanymi krokami w kierunku mainstreamowego rocka. Wystarczy posłuchać otwierającego Finest Worksong – wyraźnie zwolnili tempo, gitary stały się cięższe i ostrzejsze, perkusja Billa Berry’ego brzmi dużo potężniej niż dawniej. Śpiew Stipe’a stał się bardziej bezpośredni, zadziorny, podobnie zresztą jak teksty – przykładem niech będzie wymierzony w Kongres USA Welcome to the Occupation. Amerykańskiemu światkowi politycznego obrywa się w piosence pod znamiennym tytułem Exhuming McCarthy (senator z lat 50., znany z podsycania antykomunistycznych nastrojów).
Łącznikami ze „starym” R.E.M. są jeszcze Welcome to the Occupation i Disturbance At the Heron House. Exhuming McCarthy to jakby zapowiedź późniejszych słonecznych hitów w rodzaju Stand czy Shiny Happy People. W King of Birds słyszymy sitaropodobnie brzmiący instrument ludowy zwany dulcimerem (obsługiwany przez Petera), utwór nasuwa skojarzenia z beatlesowskim raga-rockiem czy nawet psychodelią Doorsów. Ciekawostką jest kower utworu Wire pt. Strange – kojarzy się z kolei z... The Rolling Stones.
Na deser zostawiłem dwa najsłynniejsze numery z tej płyty. Kultowy, szalony It’s The End Of The World As We Know It (And I Feel Fine), ze zdumiewającym tekstem, napisanym w formie strumienia świadomości, i pierwszy wielki przebój R.E.M. – The One I Love, z ostrym gitarowym riffem i lakonicznym, wieloznacznym tekstem. Dotarł do 9. miejsca listy Billboardu, co jak na wciąż niezależną grupę było ogromna niespodzianką.
Fani zespołu w momencie wydania Document mogli stwierdzić: to koniec R.E.M. jakiego znaliśmy – ale jest w porządku.
(9/10)
GREEN(1988)
Bez wątpienia album Green otworzył nowy rozdział w dziejach R.E.M. – był to pierwszy album nagrany dla majorsa, wytwórni Warner. Z każdym albumem grupa zbliżała się coraz bardziej w kierunku pop rocka, jednakże nigdy nie tracąc swojego charakteru. I od pierwszych dźwięków piosenki o żartobliwym tytule Pop Song 89 słyszymy, że grupa brzmi trochę inaczej niż dawniej, ale nie popada w błahą komercję – jest to świetny pop rockowy numer z przebojowym refrenem, w którym Michael Stipe przypomina o swoim zainteresowaniu polityką: czy powinniśmy mówić o pogodzie, czy powinniśmy mówić o rządzie? W podobnej, przebojowej konwencji utrzymane są żywiołowe kawałki Get Up i słoneczny, wakacyjny Stand (6. miejsce na Billboard Hot 100). Sporym hitem był dynamiczny Orange Crush, opowiadający o wojnie w Wietnamie (intryguje wstawka z okrzykami jakby z wojskowej musztry). Ale R.E.M. pokazuje na tej płycie nie tylko popową twarz – taki I Remember California jest zaskakująco ponury i mroczny, ale najbardziej zwracają na Green uwagę folkowe poszukiwania. Po raz pierwszy w dziejach R.E.M. Peter Buck użył, i to aż w trzech utworach, mandoliny. You Are The Everything zachwyca melodią i ciekawymi harmoniami wokalnymi, ale Hairshirt niezbyt przekonuje, a The Wrong Child jest zwyczajnie słaby i męczący. Najważniejszą piosenką na płycie jest World Leader Pretend – pierwszy utwór, którego słowa wydrukowano w książeczce płyty R.E.M. Piękny, melancholijny utwór, w którym za sprawą gitary pedal steel zespół przypomina o swoim pochodzeniu z południa Stanów.
Album Green był milowym krokiem ku oszałamiającemu sukcesowi komercyjnemu zespołu, który miał nadejść lada chwila. Co ważne, wzrostowi popularności towarzyszył też rozwój artystyczny – co nie jest oczywiste w przypadku mainstreamowych bandów.
(7/10)
OUT OF TIME (1991)
Trochę dziwi mnie, że wielu uznaje tę płytę za największe osiągnięcie grupy z Athens (chociażby redaktorzy Teraz Rocka). Prawda, dzięki temu albumowi R.E.M. weszli wreszcie na szczyt i zdobyli międzynarodową sławę – i w końcu stali się popularni w naszym kraju. Ale naprawdę wybitny utwór jest właściwie tylko jeden – oczywiście powalający, pełen napięcia Losing My Religion, chyba najsłynniejszy utwór w dziejach muzyki popularnej z udziałem... mandoliny. Co nie znaczy, że to słaby album. Tym razem Stipe i spółka postawili na łagodne, folkowe brzmienia, a zespołowi bardzo często towarzyszą sekcja dęta i smyczkowa – przykładem Endgame, z wokalizą Michaela bez słów i pięknie brzmiącą skrzydłówką. W podobnych klimatach utrzymany jest akustyczny Half a World Away, w którym Mike Mills zagrał na...klawesynie. Łącznikiem ze „starym” R.E.M. są dynamiczna Texarkana i sympatyczny, twee popowy wręcz Near Wild Heaven (w obu przypadkach przy mikrofonie basista).
Trzeba jeszcze wspomnieć o udziale gości. Pionier rapu, KRS-One, pokrzykuje w Radio Song, cały utwór ma zresztą klimat oldskulowego hip-hopu, co akurat w przypadku tego zespołu wydaje się poronionym pomysłem. Wokalistka „starszego brata” R.E.M., zespołu The B52’s (bo też z Athens), Kate Pierson udziela się wokalnie w Near Wild Heaven, Me In Honey i oczywiście słynnym, słonecznym przeboju Shiny Happy People.
Podsumowując – dobra płyta, ale R.E.M. ma w dorobku sporo lepszych.
(8/10)
AUTOMATIC FOR THE PEOPLE (1992)
Świat, do którego należeliśmy zniknął, świat Husker Du i Replacements, wszystko to zniknęło. Jesteśmy w zupełnie innym miejscu pod względem muzycznym i tekstowym – mówił przed premierą ósmego albumu R.E.M. Peter Buck. I miał całkowitą rację – zespół z Athens zerwał właściwie wszystkie związki ze światem muzyki alternatywnej. Zarówno pod względem muzycznym, jak i komercyjnym – płyta przyniosła kolejne gigantyczne przeboje i w wielu krajach pokryła się platyną. Skromni studenci z prowincjonalnego uniwersyteckiego miasteczka stali się największym zespołem świata. Ważniejszy od sukcesu komercyjnego był jednak pełen sukces artystyczny – Automatic for the People zgodnie uznaje się za najlepszy album R.E.M.
Niewiele pozostało z żywiołowości Reckoning czy poprockowej chwytliwości Green. Oczywiście, z albumu wykrojono sporo przebojów, ale są to utwory znacznie dojrzalsze i poważniejsze niż beztroskie Stand czy Shiny Happy People. Skojarzenia ze słonecznym, pogodnym obliczem R.E.M. może budzić zabawna melodia The Sidewinder Sleeps Tonite, ale brzmienie sekcji smyczkowej (w aranżacji Johna Paula Jonesa. Tak, z TEGO zespołu) nadaje mu powagi. O poważnych, epickich utworach Drive i Everybody Hurts (jedna z ballad wszech czasów) nie można mówić inaczej, jak tylko ponadczasowe przeboje. R.E.M. eksploruje tutaj zdecydowanie melancholijne, klimatyczne rejony – bardzo dużo folku (Try Not To Breathe, Monty Got a Raw Deal) i nastrojowego popu (Star Me Kitten, Nightswimming). Niezwykle wzruszającym momentem jest folkowa, trochę „ogniskowa” wręcz ballada Find the River. Piękne zwieńczenie płyty. Ale gdy słucham tego albumu, zawsze kończę innym utworem. Jeden z moich ukochanych utworów w ogóle, nie tylko w dorobku R.E.M. Man On The Moon. Chcę ten utwór na mój pogrzeb.
No to do tej beczki miodu dodam łyżeczki dziegciu – New Orleans Instrumental No. 1 wydaje mi się zupełnie zbędnym przerywnikiem, Sweetness Follows jest raczej przeciętny, a Ignoreland wręcz słaby, ale na tym albumie wystarczająco często R.E.M. dotykają absolutu, by zasłużyć na maksymalną ocenę.
(10/10)
MONSTER (1994)
Automatic for the People w znacznej mierze wypełniały brzmienia akustyczne, naturalne było więc to, że kolejny album zdominowały ciężkie gitary. Niewątpliwie było to odreagowanie po folk-rockowym poprzedniku, powstała płyta jednoznacznie rockowa – i niewątpliwie rządzi na niej Peter Buck.
Jakby się reszta zespołu nie starała, to poczynania gitarzysty najbardziej rzucają się w ucho – w otwierającym What’s The Frequency, Kenneth serwuje smakowity riff, zresztą jest to zdecydowanie najlepszy numer z płyty. Peterowi zdarza się niestety błądzić – w utworach Crush With Eyeliner, I Don’t Sleep I Dream i I Took My Name nadużywa dziwnych efektów gitarowych i jest to trochę męczące dla słuchacza – zwłaszcza, jeśli jak w przypadku Eyelinera niepotrzebne pogłosy nałożono też na głos Stipe’a. Bardzo interesująco wypada natomiast zgoła noise’owa ściana dźwięku w poruszającym utworze Let Me In, poświęconym pamięci przyjaciela wokalisty, Kurta Cobaina. Cały album z kolei poświęcono innemu zmarłemu przyjacielowi Michaela, aktora Rivera Phoenixa; jego siostra wspomaga wokalnie frontmana R.E.M. w utworze Bang And Blame, w którym słychać echa... reggae i dubu. Dziwactwa zespół kontynuuje w ciekawym utworze Tongue – z fajnym brzmieniem organów i śpiewającego dość zabawnym falsetem Stipe’m (nietypowo wysoki śpiew pojawia się też w You). Za to do utartej Remikowej konwencji wpisują się rockowe Circus Envy i ładne Strange Currencies.
Nie wszystkie nowe pomysły okazały się tu trafione. Przynajmniej po ogromnym sukcesie Automatic for the People muzycy nie poszli na łatwiznę i nie przygotowali muzycznego sequela tej multiplatynowej płyty. Zafundowali za to fanom spore zaskoczenie.
(6/10)
NEW ADVENTURES IN HI-FI (1996)
Ta płyta rozwija kierunek, w którym czwórka z Athens podążyła na Potworze. I można by powiedzieć, że to co nie do końca udało się na Monster, wypaliło na Adventures - pomyłek ewidentnych tu nie ma. Podobnie jak na poprzednim albumie, nie brakuje tu gitarowego czadu – choćby w energetycznych rockerach The Wake Up Bomb i Undertow. Departure zaskakuje punkowym, wręcz Pistolsowskim brzmieniem! Tylko śpiewającemu na granicy melodeklamacji Michaelowi bliżej do Lou Reeda niż Johnny’ego Lydona. Garażowy rock ożeniony z elektroniką dostajemy w Leave – szokujące, jak bardzo ten numer przypomina stylistykę... Placebo (które debiutancki album wydało dwa miesiące przed premierą Adventures). Nieźle pasowałby na Sleeping With Ghosts Brytyjczyków. Jest też sporo utworów zbudowanych na zasadzie spokojna zwrotka-czadowy refren, jak Bittersweet Me i Be Mine. Właściwie jedynymi łagodniejszymi numerami są instrumentalny Zither – który wydaje się zbędnym przerywnikiem – i Electrolite, wyraźnie przywołujący klimat Nightswimming. No i E-Bow The Letter, kojarzący się nieco ze spokojniejszym obliczem glam rocka. Melodeklamującego Stipe’a wspomaga jego idolka z młodości – Patti Smith, której legendarny album Horses w ogóle zainteresował frontmana R.E.M. muzyką.
Może nie odkrywają nowych muzycznych terytoriów, raczej poruszają się po sprawdzonych wielokrotnie gruntach, ale najważniejsze, że słabych utworów nie ma wcale. To wystarczy.
(6/10)
UP (1998)
To pewnie był najtrudniejszy album w karierze R.E.M. W 1997 roku zespół opuścił perkusista, Bill Berry. Pozostali członkowie postanowili nie przyjmować nowego bębniarza na stałe, odtąd wspomagać ich mieli muzycy sesyjni. W historii R.E.M. rozpoczął się nowy rozdział
I rzeczywiście, słychać radykalną zmianę brzmienia. Tyle że słuchając tej płyty można pomyśleć, że grupę opuścił nie perkusista, a gitarzysta. Mnóstwo tu elektronicznych, syntetycznych elementów, a jak na lekarstwo porządnych rockowych riffów. Szalonego Petera z Monster słychać trochę właściwie jedynie w Sad Professor. W otwierającym Airportman słyszymy wręcz ambientowe dźwięki. Syntetycznie brzmi Lotus, a smyczki na końcu pasują jak kwiatek do kożucha. Hope nasuwa skojarzenia ze ścieżkami dźwiękowymi gier typu Pegasus, a delikatne Suspicion i Why Not Smile plasują się niedaleko ówczesnego oblicza Radiohead (chyba nie bez znaczenia jest tu fakt, że inżynierem dźwięku przy produkcji Up był Nigel Godrich). Stosunkowo najbardziej organicznie wypadają At My Most Beautiful – niemal świąteczny numer (te dzwoneczki), z fajnymi beachboysowsko-beatlesowskimi harmoniami wokalnymi, oraz Daysleeper – zupełnie nie pasujące do reszty albumu, ale bardzo ładne folkowe granie.
I mam problem z tą płytą – odważnie wykroczyli poza orane od lat poletko, tyle że przekonujących kompozycji jakoś brakuje. Brawo za odwagę, ale po raz pierwszy w karierze R.E.M. ich płyta może rozczarowywać.
(4/10)
REVEAL (2001)
Album nie zaczyna się zbyt zachęcająco – znów elektroniczne dźwięki, czyżby utrzymany kierunek z Up? Nie do końca. W kolejnym numerze, I’ve Been High, pojawia się subtelna elektronika z jakimiś odblaskami muzyki klubowej, ale dalej raczej wszystko wraca do R.E.M.-owej normy. She Just Wants To Be to niezły rocker, z fajnym brzmieniem perkusji, Disappear i I’ll Take The Rain to typowe dla środkowego okresu twórczości ballady, a Beat A Drum niesie nawet echa wczesnych płyt. Niestety, jak na ten zespół to mimo wszystko przeciętne utwory. A ewidentną wpadką jest Saturn Return – nuda, panie, oczywiście z elektronicznymi hałasami w tle. Znacznie lepiej prezentuje się Sumer Turns To High – fajny utwór w konwencji późnych Beatlesów, nieco psychodelii słyszymy też w Chorus and the Ring. Wszystko to jednak za mało, by uznać Reveal za wielkie osiągnięcie R.E.M. Całe szczęście, że są tu jeszcze świetne dwa single – klimatyczny All the Way to Reno (You're Gonna Be a Star), pierwsza piosenka R.E.M. jaką słyszałem, i megaprzebojowy Imitation of Life, trochę w stylu hitów takich jak The Sidewinder Sleeps Tonite i Stand.
(5/10)
AROUND THE SUN (2004)
Generalnie Around the Sun uważana jest za najsłabszą płytę w dorobku R.E.M. Mogę się z tą opinią zgodzić – podobnie jak Reveal, nie wnosi do twórczości R.E.M. nic nowego. Wciąż te same, ograne tysiąc razy patenty – a jeśli pojawia się nowinka, to... lepiej, żeby jej nie było wcale. Na albumie przeważa przeciętne poprockowe granie, poszczególne piosenki właściwie nic nie wyróżnia. Otwierający płytę Leaving New York to zgrabny utwór, przyjemnie brzmiałby jako muzyka tła w radiu... Ale czy tego oczekujemy od R.E.M.? O pozostałych numerach właściwie można by napisać to samo. Od poprockowej papki zdecydowanie wyróżniają się Final Straw – znów urocza folkowa ballada, ale tym razem trochę w celtyckim duchu, oraz Wanderlust – wodewilowa trochę rzecz, od razu nasuwają się skojarzenia z późnymi Beatlesami (z okolic All You Need Is Love), czy nawet z britpopową odsłoną Blur. Spokojniejsze oblicze Fab Four słychać też w Make It All OK. Nieco ostrzej R.E.M. wypada w utworze Boy in the Well, w którym pojawia się jakby brzmienie akordeonu. Kompletną pomyłką okazuje się zaproszenie rapera do utworu Outsiders – weterani rocka chcieli widać iść z duchem czasu, ale R.E.M. to przecież nie wykonawca w rodzaju Justina Timberlake’a.
Around the Sun okazuje się albumem pozbawionym charakteru – rockowy pazur Potwora stępił się już dawno, a w łagodniejszych propozycjach nie słychać entuzjazmu – jakby ten przepełniony ukłonami w stronę mainstreamu album był wymuszoną pańszczyzną.
(3/10)
ACCELERATE (2008)
Muzycy R.E.M. w momencie wydania czternastego albumu zbliżali się do pięćdziesiątki (czy też nawet, jak Peter, ją przekroczyli) – czyżby zdali sobie sprawę z nieubłaganie upływającego czasu i postanowili wykrzesać z siebie resztki młodzieńczej energii? Na to wygląda, bo album o znamiennym tytule Przyspieszenie w niczym nie przypomina mdłego poprzednika. Wtedy pisałem o stępionym pazurze Potwora – niewątpliwie powrócił zadziorny duch tamtego albumu i muzycy R.E.M. zagrali właściwie tak ostro, jak nigdy. Opener albumu, Living Well Is The Best Revenge to niemal punk w wariackim tempie, bardzo podoba mi się żywiołowa linia basu Mike’a. Hitowy Supernatural Superserious otwiera kapitalny riff – tak, znów Peter Buck rządzi na tej płycie, a im dalej w piosenkę, tym lepiej. Rewelacyjne zwrotki, trochę może rozczarować refren, ale za to wyborna jest końcówka. Ale za najlepszą piosenkę uważam tutaj Hollow Man – zaczyna się balladowo-fortepianowo, by potem zaatakowała przegenialnym, niesamowicie chwytliwym refrenem – oj, moim zdaniem to najlepszy kawałek R.E.M. od płyty Automatic for the People! W środku płyty trochę zwalniają tempo – Houston brzmi trochę jak urockowione Try Not To Breathe, a Until the Day is Done to folkrockowa ballada niosąca echa psychodelicznych sixtiesów, ale na koniec serwują dwa przebojowe, post-punkowe strzały – Horse to Water i I’m Gonna DJ. Bardzo jasnym punktem tej płyty jest też podniosły Sing for the Submarine.
Podsumowując – znalazła się na tej płycie najlepsza piosenka R.E.M. od szesnastu lat, i chyba od czasu Automatic Remiki nie wydali tak bardzo udanej płyty.
(8/10)

COLLAPSE INTO NOW (2011)
Ostatnia płyta R.E.M. wydaje się godnym pożegnaniem. Napisałem, że wszystko co najlepsze w muzyce R.E.M. było już jakoś zarysowane na debiucie - na ostatnim albumie zespołu mamy też taki R.E.M. w pigułce. Wszystko, co nam się kojarzy z grupą z Athens tu jest, i wszystkie piosenki są przekonujące. Typowe dla „R.E.M. wieku średniego” rockery (Discoverer, All The Best), melancholijne kawałki w stylu Drive (Uberlin), tradycyjnie folkowe ballady w duchu południa Stanów (Oh My Heart), no i oczywiście sentymentalne powroty do lat 80. (It Happened Today z ledwo dostrzegalnym gościnnym udziałem Eddiego Veddera, i króciuteńki That Someone Is You, który brzmi jak wyjęty z debiutanckiej epki Chronic Town). W trochę punkowym duchu – czy też raczej w duchu amerykańskiego indie - utrzymane są dynamiczne numery Mine Smell Like Honey i Alligator_Aviator_Autopilot_Antimatter. Z kolei ostatni na płycie Blue automatycznie kojarzy się z E-Bow The Letter, a to dlatego, że Michaelowi znów towarzyszy Patti Smith. Ma to swoją wymowę – jak przyznawał Stipe, to właśnie twórczość matki chrzestnej punku połączyła muzyczne drogi jego i Petera. Doskonały, symboliczny finał twórczości R.E.M. (7/10)