środa, 30 listopada 2011

The Beach Boys - SMiLE

 THE BEACH BOYS
SMILE (2011)  
 
Wszystko już było – rzekł Ben Akiba/A gdy nie było – śniło się chyba – powiada Gałczyński. Szczególnie, moim zdaniem, w muzyce popularnej - współczesna scena muzyczna zajmuje się nieustannym przetwarzaniem starych pomysłów i rozwiązań. Nie dziwi mnie zatem szczególnie fakt, że jednym z największych muzycznych wydarzeń AD 2011 okazuje się wydanie albumu nagranego pomiędzy 1966 a 1967. Ale to coś więcej niż wyciąganie ciekawostek z muzycznego archiwum X - omawiana płyta to bowiem regularny album, od początku do końca przemyślane dzieło. Gdyby SMiLE ukazał się w tym magicznym Sześćdziesiątym Siódmym roku, z pewnością stałby się absolutnym klasykiem klasyków. Autorzy jego, czyli wspaniali The Beach Boys, byli w tych latach jednym z dwóch największych zespołów świata – i to w szczycie swoich twórczych możliwości.
Za opus magnum Plażowych Chłopców uznaje się album Pet Sounds, dziś często uważany za najwybitniejsze osiągnięcie muzyki popularnej. Lider i absolutny szef muzyczny zespołu, Brian Wilson, miał przed sobą nie lada wyzwanie. Znów posłużę się moją ulubioną metaforą poprzeczki – Wilson miał do przeskoczenia wysokość rekordu świata, a do skoku szykował się reprezentant Zjednoczonego Królestwa (miał on zresztą ten rekord w tymże skoku pobić, ale to inna historia). Brian przygotował więc bardzo interesujący plan nowego albumu, nastoletniej symfonii do Boga (jego własne słowa). SMiLE miał być konceptem bez precedensu – tworzyć muzyczno-słowną całość, która miała być podróżą przez całą amerykańską tradycję muzyczną i kulturową, i dać odpór tzw. brytyjskiej inwazji, która kilka lat wcześniej zalała USA. Wszystko to, rzecz jasna, w gęstych oparach psychodelii. Z nie do końca zrozumiałych dla mnie powodów album, decyzją Briana, odłożono na półkę – jako przyczyny podaje się m.in. fatalną kondycję psychiczną lidera po nagraniu albumu (spowodowaną ponoć narkotykami) i konflikt wewnętrzny w zespole – między wokalistą i saksofonistą Mike’m Love a Van Dyke Parksem. Parks napisał na SMiLE teksty, które – mówiąc delikatnie – nie przypadły Love’owi do gustu.
Jak mówi porzekadło – lepiej późno niż wcale, i po czterdziestu czterech latach ów „Święty Graal popu” ujrzał światło dzienne. W 2004 Wilson co prawda zaprezentował nagraną na nowo wersję SMiLE (podpisaną jego nazwiskiem), ale przyjemność obcowania z oryginalnym materiałem z epoki jest niepowtarzalna. Oczywiście, będziemy ją czerpać pod warunkiem, że kupimy dziwaczną momentami konwencję, jaką przyjął szef The Beach Boys. „Na pierwszy rzut ucha” album wydaje się bowiem zbiorem szkiców, a nie właściwych piosenek – mnóstwo króciutkich miniaturek, instrumentali, dziwnych rozwiązań muzycznych. W jednej piosence może się pojawić kilka nieprzystających pozornie do siebie wątków. Cała zresztą płyta zdumiewa swoim eklektyzmem – można się tu spodziewać wszystkiego, ale ani na moment nie jesteśmy w stanie zapomnieć, z jakim zespołem mamy do czynienia.
Płytę otwiera Our Prayer, ze znakiem firmowym Wilsona i paczki – doskonałymi harmoniami wokalnymi w stylu doo-wop. Znacznie mniej typowe wokalizy mamy w Do You Like Worms – dzikie, plemienne, rytualne zaśpiewy. Pewne echa muzyki barokowej słyszę w Heroes and Villains, a w Wonderful staroświecki klimat wprowadza (chyba) klawesyn. Cabin Essence z początku brzmi jak utwór z westernowego soundtracku, ale w dalszej części harmonie wokalne budują psychodeliczną ścianę dźwięku. Jeśli mowa o soundtrackach – The Elements, z dźwiękami jakby alarmowych syren, sprawdziłaby się jako tło do horroru, a w Holidays pojawiają się zabawne brzmienia rodem ze starych kreskówek. Inspirację muzyką konkretną można odnaleźć w I Wanna Be Around/Workshop – w końcówce słyszymy odgłosy tytułowego warsztatu. Dźwięki pozytywki i delikatnego fletu wnoszą do Look (Song for Children), zgodnie z tytułem, coś z kołysanki, ale marszowy rytm i motywy niby-kreskówkowe nie pozwalają zasnąć słuchaczowi. Surf’s Up (który w nieco zmienionej wersji trafił na tak zatytułowany album w 1971 roku) brzmi na tej płycie najbardziej… beatlesowsko. Przypomina też, że to i owo Beach Boysom zawdzięczają panowie z Electric Light Orchestra. No, ale ten utwór na SMiLE to dla fanów grupy Briana Wilsona żadne odkrycie – podobnie jak zamykający podstawowy zestaw utworów (pełne wydanie SMiLE składa się z czterech płyt, z mnóstwem dodatkowych materiałów – demówek, wersji alternatywnych itp.) Good Vibrations. Wiadomo, jeden z największych przebojów muzyki popularnej wszystkich czasów…
Nie wymieniłem w tej recenzji jeszcze wielu utworów z tej płyty – pozostałe to najczęściej muzyczne miniaturki. Może irytować pewna chaotyczność i nieuporządkowanie tego zestawu… Ale kto by się przejmował takimi drobiazgami, skoro SMiLE to skarbnica z być może porozrzucanymi bezładnie, lecz i tak świecącymi wspaniałym blaskiem popowymi klejnotami. Lektura obowiązkowa, bez dwóch zdań.
(9/10)

poniedziałek, 21 listopada 2011

Kasabian - Velociraptor!



KASABIAN
VELOCIRAPTOR! (2011)
 
Nie mogę powiedzieć, żebym nie lubił Kasabian, ale nigdy nie był mi specjalnie bliski. Choć takie numery jak Club Foot czy Shoot the Runner z czystym sumieniem mogę nazwać klasykami indie, to w ich muzyce zawsze mi brakowało pewnego pierwiastka geniuszu, jaki cechuje moim zdaniem propozycje takich Arctic Monkeys czy, hehe, Muse. Dawne propozycje Kasabian są po prostu dobre, poprawne, dostateczny z plusem. Nie sądziłem, że nowy album brytyjskiej grupy zmieni ten stan rzeczy. A jednak.
W recenzjach czwartej płyty Kasabian często znajdowałem porównania do Beatlesowskiego Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band. Oczywiście trudno się spodziewać, żeby odegrała w historii muzyki tak wielką rolę, jak dzieło Fab Four, ale wielobarwny eklektyzm, jaki rzuca się w uszy natychmiast podczas słuchania sprawia, że skojarzenia takie i mi nasunęły się naturalnie. Tom Meighan i spółka nie odkrywają nowych terytoriów, ale odbywają intrygującą wycieczkę po całej historii muzyki pop. Let's Roll Just Like We Used To zaskakująco zaczyna się meksykańską trąbką, potem nie mniej zaskakująco wypada melodia a’la wcześni The Beatles, a ciekawy refren z udziałem dęciaków kojarzy mi się z niedawnymi dokonaniami Alexa Turnera pod szyldem The Last Shadow Puppets. Trochę bardziej przewidywalnie brzmi Days Are Forgotten, asekurancko wydany jako singel. Przypomina, że członkowie Kasabian nie wyrzucili z półek płytowych klasycznych płyt Happy Mondays i Primal Scream, kojarzy się zresztą z hitami z poprzedniej płyty West Ryder Pauper Lunatic Asylum. Ciekawie wypada kontrast rapowanych zwrotek z popowym refrenem. W Goodbye Kiss znów kłania się Czwórka z Liverpoolu – kawałek zaskakuje słodyczą i retro-popową melodyką, sympatycznie brzmią zniewalające damskie wokalizy i jakby podkradziony starszym kolegom z Blur zaśpiew la la la. Ale co następny numer, tym większa „pozytywna konsternacja”. La Fee Verte ma intro ze ścieżki dźwiękowej horroru. Dalej pozostajemy w klimatach filmowych, ale raczej w okolicach starych filmów włoskich (ta trąbka…) Do Kasabianowej normy wracamy na chwilę w dynamicznym numerze tytułowym, znów na granicy rapu, z bezpretensjonalnym, przebojowym refrenem. Acid Turkish Bath (Shelter From the Storm) zgodnie z tytułem – i psychodeliczne, i orientalne. W I Hear Voices słyszę… no, może nie głosy, ale Kraftwerk na pewno – minimalistyczny, elektroniczny numer. Na sprawdzone tereny wracamy na momencik w Re-Wired, który przenosi nas do new-rave’owego klubu.  W miejsce o zupełnie innym charakterze trafiamy dzięki Man of Simple Pleasures – w mocno barowym, leniwym klimacie, z wyraźnymi echami klasyków „rocka robotniczego” – Oasis.  Agresji Kasabian nabiera w Switchblade Smiles, z fajnym syntezatorowym motywem – ale moim zdaniem to najsłabszy punkt albumu. Dobrym zamknięciem tej nieprzewidywalnej płyty  jest Neon Noon, z syntezatorowymi plamami dźwiękowymi i rozwlekłym, psychodelicznym śpiewem. I tak mknie ten rollercoaster brzmieniowy – od klubu rave po stare kino, gdzie grają Felliniego, przez psychodeliczną łaźnię do baru w Manchesterze i z powrotem. Jestem pod wrażeniem pomysłowości tego zespołu – oto dowód na to, że w XXI wieku można z tysiące razy używanych muzycznych klocków zbudować ciekawą budowlę. Jeśli Sgt. Pepper’s był opus magnum generacji hippisów, to Velociraptor! może jak najbardziej być Sierżantem Pieprzem generacji hipsterów.
Dinozaury z tytułu albumu to w Parku Jurajskim Spielberga wyjątkowo wstrętne kreatury, których w żaden sposób nie można polubić. The point is … you are alive when they start to eat you. So you know … try to show a little respect – rzecze o tych bestiach Sam Neill w owym filmie. Może nie poczułem się jeszcze całkowicie zjedzony przez Kasabianowego jaszczura, ale zdecydowanie czuję do niego szacunek.
(8/10)

piątek, 18 listopada 2011

Iza Lach - Krzyk

IZA LACH
KRZYK (2011)

Druga płyta Izy Lach (rocznik 1989) wypełniona jest perfekcyjnymi popowymi utworami i z miejsca chwytającymi za serce sentymentalnymi melodiami, ale nie będzie raczej ulubienicą mainstreamowych radiów i telewizji. Wzorem dla Izy są raczej Beach Boys i The Beatles, a nie Modern Talking, słuchanie piosenek nie powoduje fizycznego bólu, a teksty nie uwłaczają inteligencji słuchacza. Te karygodne błędy w doktrynie sprowadzają ją do roli co najwyżej pupilki alternatywnych portali typu Porcys.
Otwierające album Futro cechuje się rzecz jasna uroczą melodią i typową dla Izy słodką, dziewczęcą manierą wokalną, ale ostra, przesterowana (metalowa wręcz!!!) gitara w intrze już na starcie zniechęciłaby zwykłego zjadacza radia. Ciekawie wypada również nienachalny klawisz i monotonne pykanie automatu perkusyjnego. Znacznie spokojniejsze oblicze młodej wokalistki odsłania – pod trochę mylącym tytułem – piosenka Krzyk. Mam wrażenie, że numer pasowałby do nowej płyty Coldplay. Subtelny klimat panuje też w Tylko mój, z cudowną, eteryczną melodią, Boję się – trochę w retro stylistyce, z fortepianem, i Czy pamiętasz. W tym ostatnim utworze wyraźnie czuję wpływ Nosowskiej z okresu płyty Osiecka – znów fortepian i coś jakby mandolina tworzy uroczo staroświecki nastrój. Zdecydowanie dynamiczniej wypada synthpopowy Nic więcej (rewelacyjny syntetyczny bas!) i Jeśli upadniesz. Oba utwory kojarzą się wyraźnie z barwną estetyką ejtisów, ale już Idź stąd przenosi nas w psychodeliczne lata 60. – absolutnie genialne harmonie wokalne budzą skojarzenia z The Beach Boys i The Beatles. Ciekawe wokalizy bez słów Iza prezentuje w G.I.C. i Wstań – dowód niewątpliwego talentu i oryginalności artystki. Żeby nie było za słodko: z kombinactwem wokalnym przesadza w Chociaż raz – pojękiwania Izy mogą mocno zirytować, a Wydaje mi się drażni wymuszoną, banalną do bólu melodyką.
Mimo pewnych niedoskonałości, nie można wobec tego albumu przejść obojętnie. Iza Lach jest niewątpliwie jednym z najciekawszych wykonawców na poletku ambitnego (czy też wręcz – alternatywnego) popu w naszym kraju. Monika Brodka, autorka przełomowej Grandy może się czuć na fotelu lidera zagrożona.
(7/10)

piątek, 4 listopada 2011

Cool Kids of Death - Plan ewakuacji

COOL KIDS OF DEATH
PLAN EWAKUACJI (2011)


W 2002 roku stali się sprawcami chyba ostatniej rewolucji na polskiej scenie rockowej. Niepokorni łodzianie dzięki butnym wypowiedziom w mediach i ostrym tekstom piosenek okrzyknięci zostali rzecznikami młodego, sfrustrowanego pokolenia bez perspektyw – tak zwanej Generacji nic, której swoistym hymnem stała się piosenka Cool Kids of Death pod tym samym tytułem. Także w warstwie muzycznej ich album self-titled był powiewem świeżego powietrza na polskiej scenie – ostry, brudny gitarowy rock, z wyraźnie słyszalnymi inspiracjami brytyjskim i amerykańskim indie rockiem. Nie dziwne, że nie tylko alternatywne media uczyniły CKOD swoimi pupilkami. Z biegiem lat łodzianie stopniowo złagodzili swój przekaz, najwyraźniej zmęczeni etykietką „buntowników z powodem”. Na swoim piątym albumie też wydają się buntownikami – ale buntownikami przeciwko... buntowi. Skomplikowane? OK, już wyjaśniam.
„Kulki” wyraźnie potoczyły się w stronę popu – zwłaszcza popu rodem z lat 80., z przedrostkiem „synth”. Słuchając płyty wiele razy miałem wrażenie, że inspiracją były płyty Depeche Mode z owej dekady. W Karaibskim pobrzmiewają klawisze jakby wyjęte ze Speak & Spell, w towarzystwie sekcji rytmicznej Joy Division. Drugą płytę DM – A Broken Frame – słyszę w Białej fladze. Republiki akurat nie słychać, ale wkomponowana w elektroniczne tło gitara akustyczna wywołuje u mnie jednoznaczne skojarzenia z estetyką – uwaga – Strachów na Lachy! Aby zakończyć wątek depeszowy, dodam jeszcze, że Złe rzeczy pobrzmiewa Mode z okresu Black Celebration, za to refren ewidentnie kojarzy się z indie-dyskoteką, której patronami są Franz Ferdinand. Kolejnym – chyba największym – zaskoczeniem na płycie jest Nie mam nic, oparty na rytmice... reggae, z chaotycznym, elektronicznym podkładem z mnóstwem dziwnych przeszkadzajek. Do muzyki tanecznej nawiązuje sporo utworów, ale nie powinno to jakoś specjalnie dziwić - jednym z ukochanych wykonawców wokalisty, Krzysztofa Ostrowskiego jest New Order. Zwrot w tę stronę wydaje mi się owym świadectwem buntu przeciw postrzeganiu Kulek jako wiecznych rebeliantów, punkowych anarchistów XXI stulecia. Wszyscy chcą od nas buntu, to my zagramy im na nosie i pójdziemy w pop. Ejtisowy „syntek” pojawia się w Pasie, Wiemy wszystko (tu z kolei daje znać też o sobie fascynacja Manchesterem) i singlowym Planem ewakuacji. Szczerze mówiąc, to był fatalny wybór, bo piosenka jest słabiutka, zupełnie nie przykuwająca uwagi, na dodatek brzmi, jakby CKOD zainspirowały ostatnie dokonania...Much! Na minus grupie zaliczam też numery Wyłącz to, z irytującym skandowaniem, i Dalej pójdę sam – w konsternację wprowadzają dziwaczne okrzyki i uboga melodyka. Ciekawie wypadają natomiast przebojowy, w konwencji „mainstreamowego indie”(bo indie pop to dla mnie coś innego) Chrystus, britpopowy Na kredyt z psychodelicznymi wokalami, i Matka noc, o interesującej, pogmatwanej strukturze.
Ważną stroną twórczości CKOD są teksty. Nie rzucają już butelkami z benzyną i kamieniami, ale to nie znaczy, że zaczęli śpiewać Ulala, I love you baby. W prowokacyjnym Chrystusie padają słowa: Chrystus nareszcie/W naszym cudownym mieście/Ponownie zstąpił na ziemię/Pewnie zaraz już zdechnie. W Białej fladze mamy znów pewną deklarację kontestacji: nie obchodzę rocznic, na czas nie wieszam flag, a w Na kredyt gorzką ironię: Przelewać będę pieniądze zamiast krwi. Nie do końca należy więc utożsamiać autorów tekstów, Ostrowskiego i Kubę Wandachowicza, z podmiotem lirycznym utworu Nie mam nic: Hej/nie mam nic/do powiedzenia Ci.
Nie da się ukryć jednak, że od strony muzycznej nowy album Cool Kids of Death nie prezentuje się jakoś szczególnie oryginalnie, ani ekscytująco. Utwory, jak na ten zespół moim zdaniem trochę zbyt wygładzone, są tylko i wyłącznie poprawne. Ale jak powiedział Ostry w wywiadzie dla listopadowego Teraz Rocka, jeśli ktoś zakłada, że zespół nie ma prawa się zmieniać to niech sobie tkwi w tym niezmienianiu i na okrągło słucha pierwszej płyty. I ma słuszność – doceniam chęć rozwijania się i pójścia do przodu, niemniej jednak chętniej będę wracał do wybuchowego jak butelka z benzyną debiutu.
(6/10)

sobota, 29 października 2011

Coldplay - Mylo Xyloto

COLDPLAY
MYLO XYLOTO (2011)

To była z pewnością najbardziej oczekiwana przeze mnie płyta tego roku - czekałem na nią trzy lata, od przesłuchania ostatniej piosenki na Viva la Vida or Death and All His Friends. Ostatniego albumu, który zrobił na mnie kolosalne wrażenie. O czwartej płycie Coldplay krążą różne opinie, ale dla mnie było to dzieło absolutnie perfekcyjne – w doskonały sposób łączące typową dla grupy Chrisa Martina przebojowość z progresywnymi poszukiwaniami, które wtedy sięgnęły do muzyki świata, ambientu, a nawet pogranicza muzyki klasycznej. Odważnie powiem, że dla mnie to najlepszy album dekady zerowej. Domyślacie się pewnie, że oczekiwania, jakie żywiłem wobec płyty o niewymawialnym tytule, były gigantyczne – poprzeczka powędrowała im na wysokość rekordu życiowego. Niestety, nie przeskoczyli tej wysokości w pierwszej próbie. Jeszcze nie.
Przed posłuchaniem całości znałem trzy utwory z tego albumu. Pierwszy singiel – Every Teardrop is a Waterfall – jest niezły, nowocześnie brzmiący, przywołujący równocześnie pewnego folkowego, szkockiego ducha, ale nie ukrywam, że odczułem pewne rozczarowanie. Po miażdżących singlach Violet Hill, Lovers in Japan, czy przede wszystkim monumentalnym Viva la Vida „Wodospad” wypadł zwyczajnie blado. Jeszcze gorzej było przy usłyszeniu Paradise. Zaczyna się jak kawałek dance’owy i lokuje się niebezpiecznie blisko klubowego parkietu, choć mam skojarzenia także z One Republic – a jak na zespół pokroju Coldplay to jednak nie nobilitacja. Przykre wrażenie łagodzą na szczęście smyczki. To wciąż jeszcze nic. Kolaboracja z Rihanną w kawałku Princess of China załamała mnie po prostu – czysta muza klubowa rodem z Radia Eska. Utwór jest defacto bardziej piosenką barbadoskiej gwiazdy niż autorów In My Place i The Scientist. Po tych dziełach, już przed przesłuchaniem płyty położyłem na Zimnejgrze krzyżyk. „Coldplay się skończył” – pomyślałem. Jak to dobrze stwierdzić, że się myliłem...
Zaczyna się ambientowym wstępem – sympatycy Life in Technicolor na pewno polubią utwór tytułowy. Piosenka spod indeksu drugiego – Hurts Like Heaven – jak na Coldplay wypada zaskakująco radośnie, mam silne skojarzenia z The Strokes... Świetna, chwytliwa rzecz! Sporą dawkę przebojowości, i pewnej stadionowości, odnajdujemy również wDon't Let It Break Your Heart, w którym znów słychać akcenty klubowe. Charlie Brown to pogodny, uroczy kawałek – choć tym razem bardziej folkowy. Inspiracje takie słychać też w pięknej, akustycznej balladzie Us Against the World – przywołuje ona echa rewelacyjnego debiutu Coldplay, Parachutes. Nastrojowe oblicze brytyjskiej grupy, za które pokochały ją rzesze fanów, reprezentuje też Up in Flames – subtelny, stonowany kawałek popowy, w którym Martin popisuje się urzekającym falsetem, jak również akustyczna ballada U.F.O. Up With the Birds, z gitarami akustycznymi i przestrzennymi, ambientowymi pejzażami dźwiękowymi jest doskonałym zwieńczeniem płyty. Na koniec zostawiłem najlepszy utwór na albumie, jeden z najciekawszych w dorobku Coldplay – wyjątkowo jak na nich zadziorny, dynamiczny Major Minus, z interesującą gitarą akustyczną na elektronicznym tle. Warto zwrócić uwagę na nieoczywisty, choć chwytliwy refren – z zaśpiewem ooh-ooh. O MMIX i A Hopeful Transmission nie warto się rozpisywać, to jedynie króciutkie przerywniki.
Zatem Coldplay się nie kończy, ma jeszcze sporo do powiedzenia. Nie stoją w miejscu, mają na siebie kolejny pomysł – po przygodach z world music obrali kierunek zdecydowanie bardziej elektroniczny, śmiało zapuszczając się w rejony muzyki klubowej. Trudno, żeby mnie taka koncepcja wprawiła w euforię – jestem zwolennikiem raczej muzyki „organicznej”. Po Vivie... miałem nadzieję, że będzie stać ich na stworzenie współczesnego odpowiednika Remain in Light, czy nawet Graceland. Teraz im bliżej będzie do stworzenia odpowiednika Kid A... Choć kto wie? Może zaskoczą jeszcze innym kierunkiem? Mimo pewnego rozczarowania, od posłuchania ostatnich dźwięków Up With the Birds już czekam na kolejne dzieło Coldplay.
(7/10)

piątek, 30 września 2011

Nosowska - 8

NOSOWSKA
8 (2011)
 
Mniej więcej co rok, co dwa lata pierwsza dama polskiej piosenki, jak piszą o Katarzynie Nosowskiej (czy aby w tym samym tonie nie mówi się czasem o Maryli Rodowicz?) raczy swoich fanów nowymi albumami – czy to z Heyem, czy też działając na własną rękę.
I z kolegami z macierzystego zespołu, i działając solo chce iść ciągle do przodu. Nie wypada wypominać kobiecie wieku, ale już (nie do wiary!) czterdziestoletnia artystka nagrała kolejny album zdecydowanie na czasie, bez oglądania się w przeszłość. Notowska stara się, by jej propozycje brzmiały świeżo i przekonująco dla młodego pokolenia. Tego, którego jeszcze nie było na świecie, kiedy nasz kraj zalewała masowa histeria na punkcie skromnego zespołu ze Szczecina... Nie brzmi jak żadna tam „dama polskiej piosenki” – ten koszmarny epitet sugerować może jakieś stetryczenie i odcinanie kuponów od dawnej sławy. Takiej płyty mógłby jej pozazdrościć szereg wokalistek młodego pokolenia, z Brodką na czele.
Nie jest to na pewno płyta dla fanów rocka. Ci, którzy uważają, że Hey skończył się w momencie odejścia Piotra Banacha (są pewnie tacy, którzy uważają, że skończył się na Fire) lepiej niech odpuszczą sobie słuchanie 8. Miłośnicy alternatywnego popu (a to aby nie oksymoron jest?) mogą brać płytę w ciemno. Przeważają subtelne, momentami ambientowe dźwięki – jak w otwierającym płytę Rozszczepie. Tu i ówdzie rządzi przyjemna elektronika (weźmy urocze Ulala), ale zaskakująco wiele na tej płycie jest organicznych brzmień. Rewelacyjne, lekko jazzowe dęciaki słychać w Pa, a kakofoniczną solówkę na saksofonie w genialnym, rozpędzonym Daj spać (z wyjątkowo ostro – w stosunku do reszty płyty – śpiewającą, krzyczącą wręcz Nosowską). Leniwy fortepian plus garść smyków i syntetycznych dźwięków w tle – to Polska, jeden z najlepszych numerów na płycie. Intryguje tekst, ze słowami: Śledzę wędrówkę słońca, leży pode mną Polska, patchwork uszyty z województw i drobnych łatek powiatów – jeden z najlepszych tekstów Nosowskiej, jaki słyszałem. Poetycka perła -sprawdźcie, jak ten tekst genialnie wygląda w formie pisanej!. Skojarzenia z klimatami poezji śpiewanej (Grzegorz Turnau i tak dalej) wywołuje u mnie Czas, z chwytliwą melodią. To mógłby być przebojowy singiel. Zamykający płytę O lesie pewnie też - gdyby nie minimalistyczne tło. Skądinąd fajne, ale zwolennicy radiowej muzyki-soundtracku do prasowania zgrzytaliby zębami. Największy przebojowy potencjał ma słusznie wybrana na singiel Nomada – muzyka podpada właściwie pod electropop, nie chwyta może od pierwszego usłyszenia, ale jak złapie, to nie puści. Tylko kto to wyemituje w mainstreamowym radiu? Nie sądzę, żeby pani Katarzyna się tym w jakikolwiek sposób przejmowała.
Za produkcję albumu odpowiadają starzy znajomi, Marcinowie Macuk i Bors (czasem mam wrażenie, że ten drugi macza palce w każdym polskim alternatywnym albumie) i album wyprodukowany jest na absolutnie światowym poziomie. W dziedzinie tekstów Nosowska jest tradycyjnie klasą dla siebie – ale to oczywista oczywistość. Powstał album idący z duchem czasu, ale i w każdym dźwięku stuprocentowo„nosowski”. Taki, który może połączyć młodocianych indie-hipsterów, jak i (mniej ortodoksyjnych) starych fanów Heya. Podsumowując – nie wszyscy będą Ósemką zachwyceni (fani talentu Kasi, bo dziennikarze z pewnością zapieją z zachwytu), ale nie mam wątpliwości, że artystka już może robić miejsce na półkach na nowe Fryderyki w przyszłym roku.
(8/10)

czwartek, 29 września 2011

REMiniscencje - moje spojrzenie na R.E.M.


21 września na oficjalnej stronie R.E.M. obwieszczono, że jeden z największych zespołów rockowych w dziejach przechodzi do historii. Gdy rozpada się legendarny zespół, zawsze taka wiadomość przygnębia – szczególnie, jeśli jest się jego fanem. Amerykańska grupa to bez wątpienia czołówka moich ulubionych kapel... ale nie byłem jakoś szczególnie załamany. Trochę żal, że nie uda mi się ich już nigdy zobaczyć na żywo (muzycy zdecydowanie zaprzeczają, pytani o ewentualność spontanicznych reaktywacji koncertowych). Ale jeśli chodzi o ich dokonania muzyczne... Umówmy się – chociaż właściwie zawsze płyty R.E.M. trzymały wysoki poziom (nie wyłączając udanych ostatnich albumów), to swą pozycję ojców chrzestnych alternatywy i kapeli wypełniającej największe obiekty koncertowe wypracowali lata temu. Jak by się teraz nie starali, dalsze istnienie R.E.M. byłoby tylko dyskontowaniem dawnych wielkich osiągnięć. A w dziejach tej grupy na pewno nie brakowało takich.

Dlaczego R.E.M. jest tak ważną grupą w historii muzyki? W latach 80. zyskała uznanie amerykańskiej sceny alternatywnej, obok takich grup jak Husker Du, Replacements i Sonic Youth była jej zdecydowanym liderem. I jako jedna z pierwszych grup niezależnych wyszła z podziemia, przechodząc do wielkiej wytwórni – Warner Bros. Osiągnęła oszałamiający sukces rynkowy, ale, co trzeba koniecznie podkreślić – bez żadnej zdrady, popadnięcia w prymitywną komercję. Zdaniem wielu największe dzieła stworzyli właśnie w okresie, gdy pracowali dla WB. I nawet przejście na „ciemną stronę mocy” nie spowodowało odwrócenia się od nich środowisk alternatywnych. R.E.M. wywarło wpływ niemal na każdego niezależnego muzyka w latach 80. i 90. w USA. Nie wiem jak ten zespół to robi. Boże, są najwięksi. Poradzili sobie z sukcesem jak święci, i ciągle wydają wielką muzykę. Te słowa jakiś czas po wydaniu najsłynniejszej płyty R.E.M. w 1992 roku wypowiedział niejaki Kurt Cobain. Grupa z Athens przecierała szlaki alternatywnym zespołom w wielkich wytwórniach – nie ulega wątpliwości, że utorowali w jakiś sposób drogę do kariery m.in. wspomnianym Sonic Youth i Cobainowi z Nirvaną. R.E.M. jako wielkie źródło inspiracji wymieniali także Eddie Vedder z Pearl Jam i muzycy Pavement. Oczywiście ogromną popularność R.E.M. zyskali także w naszym kraju – największą estymą cieszą się w Polsce dzieła z pierwszej połowy lat 90.

Tak więc, w uznaniu wszystkich zasług tej grupy, postanowiłem zainaugurować działalność mojego bloga, w zamierzeniu przede wszystkim muzycznego, moim prywatnym hołdem dla Michaela, Petera, Mike’a i Billa. Spróbowałem swoich sił jako recenzent i przedstawiam Wam moje spojrzenie na wszystkie albumy studyjne R.E.M. Życzę miłej lektury.


MURMUR (1983)

Przyznam, że bardzo lubię słuchać debiutanckich albumów słynnych zespołów. Styl tych grup nie jest jeszcze na takich płytach całkowicie wypracowany, nierzadko słychać jeszcze pewną nieporadność, ale najczęściej rekompensowana jest ona energią, jaką wykrzesać mogą jedynie pełnie entuzjazmu młodzieńcy. Niemniej jednak, debiutanckie albumy to często jedynie ciekawostki w dyskografii legendarnych zespołów. Rzadko się zdarza, by już za pierwszym podejściem nagrać doskonałą płytę. R.E.M. mało tego, że pierwszym albumem trafili w dziesiątkę. W moim odczuciu, Murmur to najlepsza płyta zespołu i zawiera esencję tego, co najlepsze w muzyce czwórki z Athens.
Z grubsza wszystkie elementy stylu R.E.M. mamy na tej płycie zarysowane. Pełne postpunkowej energii, dynamiczne numery (Radio Free Europe, Catapult, West of the Fields) sąsiadują z subtelnymi balladami, (Perfect Circle), a pokomplikowane rytmicznie numery (niosący echa Gang Of Four 9-9, i Pilgrimage w refrenie przypominający mi ... Dire Straits) sąsiadują z prościutkimi piosenkami, kojarzącymi się z popem lat 60. (cudowne We Walk). Jeśli chodzi o brzmienie... jest nie do pomylenia z innym zespołem. Janglepopowe ornamenty gitarowe Petera Bucka wprost ze szkoły The Byrds, mocno uwypuklone linie basowe Mike’a Millsa nadające nowofalowy posmak, i oczywiście charakterystyczna maniera wokalna Michaela Stipe’a. Michael raczej pomrukuje niż śpiewa, zresztą już tytuł albumu (szmer, pomruk) to aluzja do jego wokalistyki. Obrazu całości dopełniają enigmatyczne teksty, wystarczająco niezrozumiałe na papierze, a co dopiero, kiedy frontmen mamrocze je pod nosem.
Trzeba jeszcze dodać, że każda z 12 piosenek jest absolutnie bezbłędna, a jak na standardy alternatywnej grupy R.E.M. wyrobił 300% normy w dziedzinie melodyjności i chwytliwości. Z takim potencjałem nie mogli dłużej tkwić w podziemiu, mainstream prędzej czy później musiał się o nich upomnieć. Dowodem niech będzie pierwsza lokata w rankingu Rolling Stone’a na najlepszy album 1983 roku – Murmur wyprzedził Thrillera Michaela Jacksona, Synchronicity The Police i War U2! Słusznie.
(10/10)

RECKONING (1984)
 
Młode zespoły po nagraniu rewelacyjnego debiutu straszone są zazwyczaj tzw. syndromem trudnej drugiej płyty. Ciąży na nich presja udowodnienia całemu światu, że nie są „one hit wonder”, ale świadomymi artystami, którzy mają jeszcze wiele do powiedzenia. Niektóre zespoły rzeczywiście spalają się na tyle, że sofomor (jakby napisali redaktorzy Porcys) okazuje się kichą straszną. Muzycy R.E.M. nie byli nigdy nastawieni na sukces – właściwie to zachwyt, jaki wzbudził wśród fanów alternatywy Murmur był dla nich sporym zaskoczeniem, więc i presji specjalnej nie czuli. Dalej objeżdżali studenckie kluby, przemierzając Amerykę w vanie, grając koncerty dla mnóstwa spragnionych szczerej, niekomercyjnej muzyki fanów, i jakby przy okazji tworząc rok po roku genialne albumy. Następca Murmura, Reckoning, wydawać się może wręcz jego udoskonaloną, lepiej brzmiącą wersją. W dodatku słychać, że muzycy nabierają pewności siebie – zadziornie śpiewający w Little America Stipe to niewątpliwie nieco inny gość, który na debiutanckiej epce mamrotał Gardening At Night, brzmiąc jakby stał tyłem do mikrofonu. (Już Wtedy) Wielka Czwórka z Athens wciąż penetruje janglepopowo-nowofalowe rejony, z jeszcze bardziej przebojowymi kompozycjami – doskonałym przykładem otwierający Harborcoat, brzmiący jak ska przefiltrowane przez postpunk. Całkiem czadowo R.E.M. wypada też w Little America i Second Guessing. W tym drugim utworze trzy słowa wystarczą Stipe’owi, by stworzyć chwytliwy refren – podobnie zresztą jak w nieco bardziej stonowanym So. Central Rain (I’m Sorry). W najbardziej przebojowym i najlżejszym gatunkowo, kojarzącym się z country (Don’t Go Back To) Rockville przebojowy refren stanowi jedynie tytułowa fraza. Każdy zresztą numer ma tutaj hitowy potencjał – weźmy dynamiczne, jangle’owe Pretty Persuasion i Letter Never Sent. Nieco spokojniej R.E.M. wypada w orientalizującym, pomysłowym i wciągającym Time After Time (AnnElise) i trochę sennym Camera. Jeśli na płycie jest dziesięć wybornych, świeżo brzmiących nawet po trzydziestu latach utworów, to ocena jest oczywista. Strzał w dziesiątkę – znowu. 
(10/10)

FABLES OF THE RECONSTRUCTION (1985)
 
College-rockowy kierunek z poprzednich płyt został utrzymany – dla mnie to bardzo dobra wiadomość. Niestety, jako całość FOTR nie broni się tak dobrze jak Murmur i Reckoning.
R.E.M. nie zawodzą w typowych dla wczesnego stylu, żwawych i przebojowych numerach – Driver 8 i Life And How To Live It. Green Grow The Rushes brzmi jak młodszy brat 7 Chinese Bros. – bardzo pogodny, jangle’owy numer, podpada nawet pod twee pop dzięki zniewalającemu la-la-la... Nasi bohaterowie zaczynają jednak kombinować – Kohoutek to mimo wszystko jeszcze byrdsowaty, jangle’owy R.E.M., ale Peter Buck bawi się dziwnym brzmieniem gitary. W Auctioneer słyszę wyraźne wpływy The Cure, sporo rzadko spotykanego dotąd u Remików mroku jest też w Maps and Legends i Old Man Kensey. W Can’t Get Here From There słychać zaskakującą inspirację funky i soulem – Stipe śpiewa nietypowo nisko, a już totalną niespodzianką jest akompaniament dęciaków. Najbardziej dziwacznie brzmi dla mnie Feeling Gravitys Pull – prawie zimna fala...
Słabszymi punktami wydają mi się przeciętne Wendell Gee, Maps and Legends i Old Man Kensey. Ale i tak jest dobrze – R.E.M. nie zamierza się zasklepiać w jednej stylistyce.
(8/10) 


LIFES RICH PAGEANT (1986)  
 
Otwierający płytę Begin the Begin uświadamia nam, że R.E.M. zdecydowanymi krokami zmierza w kierunku mainstreamowego rocka – Peter Buck wybiera ostry riff, potężnie brzmi perkusja, pojawiają się też nawiązujące do rocka lat 60. organy. Dynamicznie jest też w prawie punkowym, rewelacyjnym Just A Touch i These Days (coś pomiędzy Little America a Second Guessing). Zaskakuje korzennie country’owe intro w I Believe, choć akurat numer nie przeszkadzałby np. na Murmurze, podobnie jak kapitalna, szalona Hyena i byrdsowskie What We Give Away. Pewną nowością w muzyce R.E.M. jest akustyczna, smutna ballada w tradycyjnie folkowym stylu – Swan Swan H, to jakby zapowiedź najsłynniejszego albumu Stipe’a i spółki, Automatic for the People. W tym utworze, a także w I Believe słyszymy akordeon. Zupełnym zaskoczeniem jest nieco „meksykański” w brzmieniu Underneath the Bunker – raczej żart, gdyby go zabrakło album by nic nie stracił.
Najlepsze fragmenty płyty? Flowers of Guatemala – z początku balladowy, z czasem nabiera mocy – oraz Cuyahoga, utwór poświęcony silnie zanieczyszczonej rzece o tej nazwie w stanie Ohio, z powalającym refrenem składającym się tylko z jednego słowa – specjalność R.E.M. (wspomnieć tylko późniejszy The One I Love). 
(9/10) 

DOCUMENT (1987)
 
Naturalną cezurą w historii R.E.M. powinno być przejście do wytwórni Warner Bros., ale moim zdaniem początkiem „nowożytnego” R.E.M. jest właśnie ostatni album w stajni IRS. Na tej płycie zespół definitywnie rozstał się z jangle’owym, „college rockowym” graniem, zbliżając się zdecydowanymi krokami w kierunku mainstreamowego rocka. Wystarczy posłuchać otwierającego Finest Worksong – wyraźnie zwolnili tempo, gitary stały się cięższe i ostrzejsze, perkusja Billa Berry’ego brzmi dużo potężniej niż dawniej. Śpiew Stipe’a stał się bardziej bezpośredni, zadziorny, podobnie zresztą jak teksty – przykładem niech będzie wymierzony w Kongres USA Welcome to the Occupation. Amerykańskiemu światkowi politycznego obrywa się w piosence pod znamiennym tytułem Exhuming McCarthy (senator z lat 50., znany z podsycania antykomunistycznych nastrojów).
Łącznikami ze „starym” R.E.M. są jeszcze Welcome to the Occupation i Disturbance At the Heron House. Exhuming McCarthy to jakby zapowiedź późniejszych słonecznych hitów w rodzaju Stand czy Shiny Happy People. W King of Birds słyszymy sitaropodobnie brzmiący instrument ludowy zwany dulcimerem (obsługiwany przez Petera), utwór nasuwa skojarzenia z beatlesowskim raga-rockiem czy nawet psychodelią Doorsów. Ciekawostką jest kower utworu Wire pt. Strange – kojarzy się z kolei z... The Rolling Stones.
Na deser zostawiłem dwa najsłynniejsze numery z tej płyty. Kultowy, szalony It’s The End Of The World As We Know It (And I Feel Fine), ze zdumiewającym tekstem, napisanym w formie strumienia świadomości, i pierwszy wielki przebój R.E.M. – The One I Love, z ostrym gitarowym riffem i lakonicznym, wieloznacznym tekstem. Dotarł do 9. miejsca listy Billboardu, co jak na wciąż niezależną grupę było ogromna niespodzianką.
Fani zespołu  w momencie wydania Document mogli stwierdzić: to koniec R.E.M. jakiego znaliśmy – ale jest w porządku.
(9/10) 
 

GREEN(1988)
 
Bez wątpienia album Green otworzył nowy rozdział w dziejach R.E.M. – był to pierwszy album nagrany dla majorsa, wytwórni Warner. Z każdym albumem grupa zbliżała się coraz bardziej w kierunku pop rocka, jednakże nigdy nie tracąc swojego charakteru. I od pierwszych dźwięków piosenki o żartobliwym tytule Pop Song 89 słyszymy, że grupa brzmi trochę inaczej niż dawniej, ale nie popada w błahą komercję – jest to świetny pop rockowy numer z przebojowym refrenem, w którym Michael Stipe przypomina o swoim zainteresowaniu polityką: czy powinniśmy mówić o pogodzie, czy powinniśmy mówić o rządzie? W podobnej, przebojowej konwencji utrzymane są żywiołowe kawałki Get Up i słoneczny, wakacyjny Stand (6. miejsce na Billboard Hot 100). Sporym hitem był dynamiczny Orange Crush, opowiadający o wojnie w Wietnamie (intryguje wstawka z okrzykami jakby z wojskowej musztry). Ale R.E.M. pokazuje na tej płycie nie tylko popową twarz – taki I Remember California jest zaskakująco ponury i mroczny, ale najbardziej zwracają na Green uwagę folkowe poszukiwania. Po raz pierwszy w dziejach R.E.M. Peter Buck użył, i to aż w trzech utworach, mandoliny. You Are The Everything zachwyca melodią i ciekawymi harmoniami wokalnymi, ale Hairshirt niezbyt przekonuje, a The Wrong Child jest zwyczajnie słaby i męczący. Najważniejszą piosenką na płycie jest World Leader Pretend – pierwszy utwór, którego słowa wydrukowano w książeczce płyty R.E.M. Piękny, melancholijny utwór, w którym za sprawą gitary pedal steel zespół przypomina o swoim pochodzeniu z południa Stanów.
Album Green był milowym krokiem ku oszałamiającemu sukcesowi komercyjnemu zespołu, który miał nadejść lada chwila. Co ważne, wzrostowi popularności towarzyszył też rozwój artystyczny – co nie jest oczywiste w przypadku mainstreamowych bandów.
(7/10) 
OUT OF TIME (1991)
 
Trochę dziwi mnie, że wielu uznaje tę płytę za największe osiągnięcie grupy z Athens (chociażby redaktorzy Teraz Rocka). Prawda, dzięki temu albumowi R.E.M. weszli wreszcie na szczyt i zdobyli międzynarodową sławę – i w końcu stali się popularni w naszym kraju. Ale naprawdę wybitny utwór jest właściwie tylko jeden – oczywiście powalający, pełen napięcia Losing My Religion, chyba najsłynniejszy utwór w dziejach muzyki popularnej z udziałem... mandoliny. Co nie znaczy, że to słaby album. Tym razem Stipe i spółka postawili na łagodne, folkowe brzmienia, a zespołowi bardzo często towarzyszą sekcja dęta i smyczkowa – przykładem Endgame, z wokalizą Michaela bez słów i pięknie brzmiącą skrzydłówką. W podobnych klimatach utrzymany jest akustyczny Half a World Away, w którym Mike Mills zagrał na...klawesynie. Łącznikiem ze „starym” R.E.M. są dynamiczna Texarkana i sympatyczny, twee popowy wręcz Near Wild Heaven (w obu przypadkach przy mikrofonie basista).
Trzeba jeszcze wspomnieć o udziale gości. Pionier rapu, KRS-One, pokrzykuje w Radio Song, cały utwór ma zresztą klimat oldskulowego hip-hopu, co akurat w przypadku tego zespołu wydaje się poronionym pomysłem. Wokalistka „starszego brata” R.E.M., zespołu The B52’s (bo też z Athens), Kate Pierson udziela się wokalnie w Near Wild Heaven, Me In Honey i oczywiście słynnym, słonecznym przeboju Shiny Happy People.
Podsumowując – dobra płyta, ale R.E.M. ma w dorobku sporo lepszych. 
(8/10) 
AUTOMATIC FOR THE PEOPLE (1992) 
Świat, do którego należeliśmy zniknął, świat Husker Du i Replacements, wszystko to zniknęło. Jesteśmy w zupełnie innym miejscu pod względem muzycznym i tekstowym – mówił przed premierą ósmego albumu R.E.M. Peter Buck. I miał całkowitą rację – zespół z Athens zerwał właściwie wszystkie związki ze światem muzyki alternatywnej. Zarówno pod względem muzycznym, jak i komercyjnym – płyta przyniosła kolejne gigantyczne przeboje i w wielu krajach pokryła się platyną. Skromni studenci z prowincjonalnego uniwersyteckiego miasteczka stali się największym zespołem świata. Ważniejszy od sukcesu komercyjnego był jednak pełen sukces artystyczny – Automatic for the People zgodnie uznaje się za najlepszy album R.E.M.
Niewiele pozostało z żywiołowości Reckoning czy poprockowej chwytliwości Green. Oczywiście, z albumu wykrojono sporo przebojów, ale są to utwory znacznie dojrzalsze i poważniejsze niż beztroskie Stand czy Shiny Happy People. Skojarzenia ze słonecznym, pogodnym obliczem R.E.M. może budzić zabawna melodia The Sidewinder Sleeps Tonite, ale brzmienie sekcji smyczkowej (w aranżacji Johna Paula Jonesa. Tak, z TEGO zespołu) nadaje mu powagi. O poważnych, epickich utworach Drive i Everybody Hurts (jedna z ballad wszech czasów) nie można mówić inaczej, jak tylko ponadczasowe przeboje. R.E.M. eksploruje tutaj zdecydowanie melancholijne, klimatyczne rejony – bardzo dużo folku (Try Not To Breathe, Monty Got a Raw Deal) i nastrojowego popu (Star Me Kitten, Nightswimming). Niezwykle wzruszającym momentem jest folkowa, trochę „ogniskowa” wręcz ballada Find the River. Piękne zwieńczenie płyty. Ale gdy słucham tego albumu, zawsze kończę innym utworem. Jeden z moich ukochanych utworów w ogóle, nie tylko w dorobku R.E.M. Man On The Moon. Chcę ten utwór na mój pogrzeb.
No to do tej beczki miodu dodam łyżeczki dziegciu – New Orleans Instrumental No. 1 wydaje mi się zupełnie zbędnym przerywnikiem, Sweetness Follows jest raczej przeciętny, a Ignoreland wręcz słaby, ale na tym albumie wystarczająco często R.E.M. dotykają absolutu, by zasłużyć na maksymalną ocenę. 
(10/10) 
MONSTER (1994)
 
Automatic for the People w znacznej mierze wypełniały brzmienia akustyczne, naturalne było więc to, że kolejny album zdominowały ciężkie gitary. Niewątpliwie było to odreagowanie po folk-rockowym poprzedniku, powstała płyta jednoznacznie rockowa – i niewątpliwie rządzi na niej Peter Buck.
Jakby się reszta zespołu nie starała, to poczynania gitarzysty najbardziej rzucają się w ucho – w otwierającym What’s The Frequency, Kenneth serwuje smakowity riff, zresztą jest to zdecydowanie najlepszy numer z płyty. Peterowi zdarza się niestety błądzić – w utworach Crush With Eyeliner, I Don’t Sleep I Dream i I Took My Name nadużywa dziwnych efektów gitarowych i jest to trochę męczące dla słuchacza – zwłaszcza, jeśli jak w przypadku Eyelinera niepotrzebne pogłosy nałożono też na głos Stipe’a. Bardzo interesująco wypada natomiast zgoła noise’owa ściana dźwięku w poruszającym utworze Let Me In, poświęconym pamięci przyjaciela wokalisty, Kurta Cobaina. Cały album z kolei poświęcono innemu zmarłemu przyjacielowi Michaela, aktora Rivera Phoenixa; jego siostra wspomaga wokalnie frontmana R.E.M. w utworze Bang And Blame, w którym słychać echa... reggae i dubu. Dziwactwa zespół kontynuuje w ciekawym utworze Tongue – z fajnym brzmieniem organów i śpiewającego dość zabawnym falsetem Stipe’m (nietypowo wysoki śpiew pojawia się też w You). Za to do utartej Remikowej konwencji wpisują się rockowe Circus Envy i ładne Strange Currencies.
Nie wszystkie nowe pomysły okazały się tu trafione. Przynajmniej po ogromnym sukcesie Automatic for the People muzycy nie poszli na łatwiznę i nie przygotowali muzycznego sequela tej multiplatynowej płyty. Zafundowali za to fanom spore zaskoczenie.
(6/10) 
NEW ADVENTURES IN HI-FI (1996) 
Ta płyta rozwija kierunek, w którym czwórka z Athens podążyła na Potworze. I można by powiedzieć, że to co nie do końca udało się na Monster, wypaliło na Adventures - pomyłek ewidentnych tu nie ma. Podobnie jak na poprzednim albumie, nie brakuje tu gitarowego czadu – choćby w energetycznych rockerach The Wake Up BombUndertow. Departure zaskakuje punkowym, wręcz Pistolsowskim brzmieniem! Tylko śpiewającemu na granicy melodeklamacji Michaelowi bliżej do Lou Reeda niż Johnny’ego Lydona. Garażowy rock ożeniony z elektroniką dostajemy w Leave – szokujące, jak bardzo ten numer przypomina stylistykę... Placebo (które debiutancki album wydało dwa miesiące przed premierą Adventures). Nieźle pasowałby na Sleeping With Ghosts Brytyjczyków. Jest też sporo utworów zbudowanych na zasadzie spokojna zwrotka-czadowy refren, jak Bittersweet Me i Be Mine. Właściwie jedynymi łagodniejszymi numerami są instrumentalny Zither – który wydaje się zbędnym przerywnikiem – i Electrolite, wyraźnie przywołujący klimat Nightswimming. No i E-Bow The Letter, kojarzący się nieco ze spokojniejszym obliczem glam rocka. Melodeklamującego Stipe’a wspomaga jego idolka z młodości – Patti Smith, której legendarny album Horses w ogóle zainteresował frontmana R.E.M. muzyką.
Może nie odkrywają nowych muzycznych terytoriów, raczej poruszają się po sprawdzonych wielokrotnie gruntach, ale najważniejsze, że słabych utworów nie ma wcale. To wystarczy.
(6/10) 
UP (1998)
 
To pewnie był najtrudniejszy album w karierze R.E.M. W 1997 roku zespół opuścił perkusista, Bill Berry. Pozostali członkowie postanowili nie przyjmować nowego bębniarza na stałe, odtąd wspomagać ich mieli muzycy sesyjni. W historii R.E.M. rozpoczął się nowy rozdział
I rzeczywiście, słychać radykalną zmianę brzmienia. Tyle że słuchając tej płyty można pomyśleć, że grupę opuścił nie perkusista, a gitarzysta. Mnóstwo tu elektronicznych, syntetycznych elementów, a jak na lekarstwo porządnych rockowych riffów. Szalonego Petera z Monster słychać trochę właściwie jedynie w Sad Professor. W otwierającym Airportman słyszymy wręcz ambientowe dźwięki. Syntetycznie brzmi Lotus, a smyczki na końcu pasują jak kwiatek  do kożucha. Hope nasuwa skojarzenia ze ścieżkami dźwiękowymi gier typu Pegasus, a delikatne Suspicion i Why Not Smile plasują się niedaleko ówczesnego oblicza Radiohead (chyba nie bez znaczenia jest tu fakt, że inżynierem dźwięku przy produkcji Up był Nigel Godrich). Stosunkowo najbardziej organicznie wypadają At My Most Beautiful – niemal świąteczny numer (te dzwoneczki), z fajnymi beachboysowsko-beatlesowskimi harmoniami wokalnymi, oraz Daysleeper – zupełnie nie pasujące do reszty albumu, ale bardzo ładne folkowe granie.
I mam problem z tą płytą – odważnie wykroczyli poza orane od lat poletko, tyle że przekonujących kompozycji jakoś brakuje. Brawo za odwagę, ale po raz pierwszy w karierze R.E.M. ich płyta może rozczarowywać.
(4/10) 
 REVEAL (2001)
 
Album nie zaczyna się zbyt zachęcająco – znów elektroniczne dźwięki, czyżby utrzymany kierunek z Up? Nie do końca. W kolejnym numerze, I’ve Been High, pojawia się subtelna elektronika z jakimiś odblaskami muzyki klubowej, ale dalej raczej wszystko wraca do R.E.M.-owej normy. She Just Wants To Be to niezły rocker, z fajnym brzmieniem perkusji, Disappear i I’ll Take The Rain to typowe dla środkowego okresu twórczości ballady, a Beat A Drum niesie nawet echa wczesnych płyt. Niestety, jak na ten zespół to mimo wszystko przeciętne utwory. A ewidentną wpadką jest Saturn Return – nuda, panie, oczywiście z elektronicznymi hałasami w tle. Znacznie lepiej prezentuje się Sumer Turns To High – fajny utwór w konwencji późnych Beatlesów, nieco psychodelii słyszymy też w Chorus and the Ring. Wszystko to jednak za mało, by uznać Reveal za wielkie osiągnięcie R.E.M. Całe szczęście, że są tu jeszcze świetne dwa single – klimatyczny All the Way to Reno (You're Gonna Be a Star), pierwsza piosenka R.E.M. jaką słyszałem, i megaprzebojowy Imitation of Life, trochę w stylu hitów takich jak The Sidewinder Sleeps Tonite i Stand.
(5/10)

AROUND THE SUN (2004)
 
Generalnie Around the Sun uważana jest za najsłabszą płytę w dorobku R.E.M. Mogę się z tą opinią zgodzić – podobnie jak Reveal, nie wnosi do twórczości R.E.M. nic nowego. Wciąż te same, ograne tysiąc razy patenty – a jeśli pojawia się nowinka, to... lepiej, żeby jej nie było wcale.
Na albumie przeważa przeciętne poprockowe granie, poszczególne piosenki właściwie nic nie wyróżnia. Otwierający płytę Leaving New York to zgrabny utwór, przyjemnie brzmiałby jako muzyka tła w radiu... Ale czy tego oczekujemy od R.E.M.? O pozostałych numerach właściwie można by napisać to samo. Od poprockowej papki zdecydowanie wyróżniają się Final Straw – znów urocza folkowa ballada, ale tym razem trochę w celtyckim duchu, oraz Wanderlust – wodewilowa trochę rzecz, od razu nasuwają się skojarzenia z późnymi Beatlesami (z okolic All You Need Is Love), czy nawet z britpopową odsłoną Blur. Spokojniejsze oblicze Fab Four słychać też w Make It All OK. Nieco ostrzej R.E.M. wypada w utworze Boy in the Well, w którym pojawia się jakby brzmienie akordeonu. Kompletną pomyłką okazuje się zaproszenie rapera do utworu Outsiders – weterani rocka chcieli widać iść z duchem czasu, ale R.E.M. to przecież nie wykonawca w rodzaju Justina Timberlake’a.
Around the Sun okazuje się albumem pozbawionym charakteru – rockowy pazur Potwora stępił się już dawno, a w łagodniejszych propozycjach nie słychać entuzjazmu – jakby ten przepełniony ukłonami w stronę mainstreamu album był wymuszoną pańszczyzną. 
(3/10)
ACCELERATE (2008)
 
Muzycy R.E.M. w momencie wydania czternastego albumu zbliżali się do pięćdziesiątki (czy też nawet, jak Peter, ją przekroczyli) – czyżby zdali sobie sprawę z nieubłaganie upływającego czasu i postanowili wykrzesać z siebie resztki młodzieńczej energii? Na to wygląda, bo album o znamiennym tytule Przyspieszenie w niczym nie przypomina mdłego poprzednika. Wtedy pisałem o stępionym pazurze Potwora – niewątpliwie powrócił zadziorny duch tamtego albumu i muzycy R.E.M. zagrali właściwie tak ostro, jak nigdy. Opener albumu, Living Well Is The Best Revenge to niemal punk w wariackim tempie, bardzo podoba mi się żywiołowa linia basu Mike’a. Hitowy Supernatural Superserious otwiera kapitalny riff – tak, znów Peter Buck rządzi na tej płycie, a im dalej w piosenkę, tym lepiej. Rewelacyjne zwrotki, trochę może rozczarować refren, ale za to wyborna jest końcówka. Ale za najlepszą piosenkę uważam tutaj Hollow Man – zaczyna się balladowo-fortepianowo, by potem zaatakowała przegenialnym, niesamowicie chwytliwym refrenem – oj, moim zdaniem to najlepszy kawałek R.E.M. od płyty Automatic for the People! W środku płyty trochę zwalniają tempo – Houston brzmi trochę jak urockowione Try Not To Breathe, a Until the Day is Done to folkrockowa ballada niosąca echa psychodelicznych sixtiesów, ale na koniec serwują dwa przebojowe, post-punkowe strzały – Horse to Water i I’m Gonna DJ. Bardzo jasnym punktem tej płyty jest też podniosły Sing for the Submarine.
Podsumowując – znalazła się na tej płycie najlepsza piosenka R.E.M. od szesnastu lat, i chyba od czasu Automatic Remiki nie wydali tak bardzo udanej płyty. 
(8/10) 
COLLAPSE INTO NOW (2011)
  
Ostatnia płyta R.E.M. wydaje się godnym pożegnaniem. Napisałem, że wszystko co najlepsze w muzyce R.E.M. było już jakoś zarysowane na debiucie - na ostatnim albumie zespołu mamy też taki R.E.M. w pigułce. Wszystko, co nam się kojarzy z grupą z Athens tu jest, i wszystkie piosenki są przekonujące. Typowe dla „R.E.M. wieku średniego” rockery (Discoverer, All The Best), melancholijne kawałki w stylu Drive (Uberlin), tradycyjnie folkowe ballady w duchu południa Stanów (Oh My Heart), no i oczywiście sentymentalne powroty do lat 80. (It Happened Today z ledwo dostrzegalnym gościnnym udziałem Eddiego Veddera, i króciuteńki That Someone Is You, który brzmi jak wyjęty z debiutanckiej epki Chronic Town). W trochę punkowym duchu – czy też raczej w duchu amerykańskiego indie - utrzymane są dynamiczne numery Mine Smell Like Honey i Alligator_Aviator_Autopilot_Antimatter. Z kolei ostatni na płycie Blue automatycznie kojarzy się z E-Bow The Letter, a to dlatego, że Michaelowi znów towarzyszy Patti Smith. Ma to swoją wymowę – jak przyznawał Stipe, to właśnie twórczość matki chrzestnej punku połączyła muzyczne drogi jego i Petera. Doskonały, symboliczny finał twórczości R.E.M.
(7/10)