środa, 28 marca 2012

Amp futbol - nie ma rzeczy niemożliwych

Pełnosprawni, którzy w wyniku wypadków czy kontuzji musieli przez pewien czas poruszać się o kulach, wiedzą, z jak ogromnym wysiłkiem może się to wiązać. Wchodzenie po schodach, przechodzenie przez ulicę – codzienne czynności bywają w takich okolicznościach skrajnie wyczerpujące. Wyobraźcie sobie teraz, że poruszając się o kulach macie zagrać w piłkę nożną…

Amp futbol uprawiają osoby po amputacji jednej z kończyn – zawodnicy z pola nogi, bramkarze ręki. Dla pełnosprawnej osoby widok ampfutbolistów w akcji jest czymś niewiarygodnym – operują piłką i poruszają się po placu gry ze sprawnością, jakiej niejeden zdrowy mógłby im tylko zazdrościć. Nie wolno im używać protez, sportowcy posługują się w grze kulami łokciowymi. Celowe dotknięcie piłki kulą, bądź też kikutem, traktowane jest jak „ręka” w piłce nożnej. Zabrania się też wślizgów i fauli przy użyciu kuli. Drużyny liczą sześciu zawodników plus bramkarz, boisko jest znacznie mniejszych rozmiarów niż w „zwykłej” piłce nożnej. Mecz też trwa krócej, 2 razy po 25 minut.

Sport ten powstał w Stanach Zjednoczonych na początku lat 80. Za jego wynalazcę uważa się Dona Bennetta z Seattle, który, jak głosi ampfutbolowa legenda, odkrył go przypadkiem – podając dzieciom piłkę do koszykówki kopnięciem. Dyscyplina nabrała rozpędu dzięki Billowi Barry’emu, profesjonalnemu sędziemu piłkarskiemu. Podczas podróży po Ameryce Środkowej i Europie propagował ideę amp futbolu. Już w 1987 roku odbyły się pierwsze nieoficjalne mistrzostwa świata, zakończone zwycięstwem żołnierzy-weteranów z Salwadoru. Silne drużyny narodowe powstały również w Rosji, Anglii, Brazylii i Uzbekistanie. W 2007 roku Turcja była gospodarzem pierwszych oficjalnych mistrzostw świata, pod egidą World Amputee Football Federation (Światowej Federacji Amp Futbolu), których zwycięzcami zostali Uzbecy.

1 października 2011 to przełomowa data dla polskiego sportu niepełnosprawnych – był to początek reprezentacji Polski w amp futbolu. W pierwszym treningu wzięło udział 13 zawodników z różnych zakątków kraju, trenując pod okiem Marka Dragosza i Krzysztofa Wajdy. Kadra ma za sobą już pięć zgrupowań, a 31 marca zanotuje międzynarodowy debiut  – weźmie udział w turnieju czterech narodów w Leigh Sports Village k. Manchesteru. Rywalami Polaków podczas dwudniowych zawodów będą Niemcy, Irlandczycy i gospodarze, Brytyjczycy.

Kilka lat temu cały świat poruszony był historią Oscara Pistoriusa, biegacza z Republiki Południowej Afryki. W pierwszym roku życia stracił obydwie nogi, ale nie przeszkodziło mu to w realizacji sportowej pasji. Dzięki specjalnym protezom zrobił karierę sprintera, a podziwu godna determinacja doprowadziła go na areny mistrzostw świata pełnosprawnych. Popularność Pistoriusa sprawiła, że niepełnosprawni biegacze nie są już dla nikogo sensacją. Ale sportowcy po amputacji nogi realizują się również w innych dyscyplinach, w których – wydawałoby się – niezbędna jest pełna sprawność kończyn. Z piłką nożną na czele. Czy za kilka lat możemy się spodziewać na profesjonalnych futbolowych arenach piłkarzy poruszających się o kulach? Zawodowcy może i górują nad niepełnosprawnymi kolegami profesjonalnym przygotowaniem fizycznym, ale determinacji i siły woli z pewnością mogliby się od nich uczyć…

Polskich ampfutbolistów można wesprzeć, przekazując im 1% podatku. KRS: 0000270809
cel szczegółowy: Stowarzyszenie "Amp Futbol".
W pisaniu tego tekstu wsparłem się materiałami ze stron www.ampfutbol.pl i www.ampsoccer.com.


piątek, 9 marca 2012

alla barn i början #1: Blur

Tekst poniższy miał być częścią przeglądu twórczości Blur, ale jakoś zabrakło mi weny na całość ;> (być może do tematu wrócę).  Postanowiłem jednak otworzyć nim nowy cykl na SOT, w którym omawiał będę nie zawsze wspaniałe debiuty wspaniałych zespołów. Tytuł cyklu jest w języku szwedzkim i można go przetłumaczyć na polskie "pierwsze koty za płoty".
Może chcielibyście poczytać o debiucie jakiegoś swojego ulubionego zespołu? Czekam na propozycje :)

BLUR
LEISURE(1991)
 

Niektóre słynne zespoły mogą być dumne ze swych debiutów, czego przykładem może być omawiany przeze mnie jakiś czas temu debiutancki album R.E.M. Murmur, który uważam wręcz za szczytowe osiągnięcie amerykańskiej grupy. Niektóre słynne zespoły wolałyby jednak swoje debiuty wymazać z pamięci. Z pewnością w tym gronie jest Blur, którego lider, Damon Albarn, krótko po wydaniu drugiego, przełomowego albumu Modern Life Is Rubbish, określił jego poprzednika mianem okropnej płyty. Być może potraktował swoje pierwsze dziecko trochę zbyt surowo, niemniej jednak trudno zaprzeczyć, że Leisure nie należy do największych osiągnięć angielskiej formacji.
Kiedy na przełomie lat 80. i 90. zespół Blur stawiał pierwsze kroki, Zjednoczone Królestwo opanowała imprezowa gorączka. Angielska młodzież z wielkich przemysłowych miast znalazła sposób na wyładowanie frustracji spowodowanej brakiem perspektyw i kryzysem gospodarczym. Było to rave - całonocne imprezy w klubach z muzyką taneczną, napędzane narkotykami. W tej sytuacji na rynku muzycznym nie dziwił boom na elektronikę, dance i house. Rockmani, aby nie wypaść z mody, chcąc nie chcąc musieli ożenić elektronikę z gitarami, a dzieckiem z tego małżeństwa był nurt zwany Madchesterem, bądź też „baggy”. Wywiedzione z beatlesowskiej tradycji melodie połączono z syntetycznymi beatami, a wszystko to w gęstym psychodelicznym sosie. Na absolutnym topie były takie grupy, jak The Stone Roses, Happy Mondays i The Charlatans. Na fali popularności Madchesteru mieli nadzieje wypłynąć także debiutanci, dowodzeni przez byłego studenta szkoły aktorskiej, Damona Albarna.
Leisure sprawia właśnie wrażenie raczej koniunkturalnej produkcji, niż oryginalnej wypowiedzi artystycznej. Wszystko, z czym kojarzy się scena madchesterska, na tej płycie jest – psychodeliczne gitary i przetworzony wokal (She’s So High), taneczne rytmy (Bang, Bad Day), energetyczne gitarowe riffy i psychodeliczne solówki puszczone od końca (There’s No Other Way) i leniwy śpiew na granicy fałszu, trochę w manierze Iana Browna (w każdym utworze). Niestety, na początku kariery Albarn nie był jeszcze kompozytorem na miarę talentu tandemu Brown-Squire. Takie kawałki jak High Cool i Repetition mają słabe i nudne melodie, a refreny singlowych She’s So High i Bang są trochę przebojowe „na siłę”, bez polotu. Znacznie lepiej wypada mocno gitarowy There’s No Other Way, zasłużony pierwszy przebój Blur, który dotarł do ósmej pozycji UK Charts i rozpętał krótkotrwałą popularność zespołu Albarna (prawdziwa sława miała nadejść dopiero trzy lata później, przy okazji płyty Parklife).
Mimo wtórności tego debiutu, można już odnaleźć tutaj pewne elementy przyszłego stylu zespołu. Fool, mimo że to dość naiwnie brzmiąca kompozycja, to już forpoczta britpopu, który wykwitnie dwa lata później, a ballady Sing (wykorzystana w kultowym filmie Trainspotting) i Birthday pasowałyby klimatem do najbardziej ambitnego dzieła formacji, 13 z 1999 roku.
(5/10)

wtorek, 6 marca 2012

Sleigh Bells - Reign of Terror


SLEIGH BELLS
REIGN OF TERROR (2012)  
 
Nowojorski duet, tworzony przez wokalistkę Alexis Krauss i gitarzystę Dereka E. Millera wydaje się być doskonałą definicją pozornie oksymoronicznego terminu „noise pop”. Na tle zadziornych, hałaśliwych gitar i elektroniki mamy doskonałe, niesłychanie chwytliwe melodie, które natychmiast zapadają w pamięć. Comeback Kid, End of the Line i Road to Hell to stuprocentowe popowe przeboje. Z takim piosenkowym talentem duet mógłby zdystansować każdą popową gwiazdkę na muzycznym rynku.
(Nie)stety, raczej nie mają takich ambicji. Przed zawłaszczeniem przez mainstream ratują się, „psując” piosenki miażdżącymi gitarami. Posłuchajcie Born to Lose – melodia to czysty pop, ale riffy to już regularne panczurstwo; pod koniec gitary zabierają nas jeszcze w świat zimnej fali lat 80. Podobny kontrast słodycz śpiewu-chropowatość gitar mamy również w Leader of the Pack oraz You Lost Me – w tym drugim kawałku Derek zahaczawręcz o nu metal. Potężny, stadionowy riff napędza Crush, w którym słyszymy też klaskanie i skandowanie, co nasuwa skojarzenia z przebojem Toni Basil sprzed lat, słynnym Hey Mickey. Słodki śpiew na rzecz skandowania Alexis porzuca również w Demons, Derek natomiast krzesa riffy zgoła hardcore’owe. Ale największy czad dostajemy już na samym początku. True Shred Guitar otwiera mylący, pseudokoncertowy fragment z dodaną owacją publiczności; po chwili słyszymy riffowanie, jakiego nie powstydziłby się zespół… Rage Against The Machine! To już właściwie metal… Alexis zresztą też bliżej w tym utworze do Zacka de la Rochy niż Britney Spears.
Cenię samoprzylepne melodie, ale i alternatywne podejście do muzyki, a brooklyński duet w perfekcyjny sposób realizuje oba te założenia. Tak specyficzna muzyka nie zdobędzie szerokiej popularności  - choć, jak już pisałem, potencjał duetu jest gigantyczny. Widać dobrze się czują w alternatywnej niszy, nagrywając płyty, przy których bez wyrzutów sumienia tańczyć mogą zarówno bywalcy dyskotek, jak i punkowcy. Więc tańczmy.

(9/10)