Biografia i imidż Elizabeth Grant, szerzej znanej jako Lana Del Rey, nie budzi zaufania. Pojawiła się znikąd i od razu wykreowana została na nową księżniczkę muzyki pop, a jej debiut na największe wydarzenie muzyczne bieżącego roku. Przed masami zwykłych zjadaczy popu ukryto fakt, że dwa lata wcześniej wydała debiutancki album w wersji cyfrowej pt. Lana Del Ray aka Lizzy Grant, który przeszedł właściwie bez echa. Zamieciono go więc pod dywan (czytaj: usunięto z iTunes). Latem planuje się wydanie go jako „drugiej” płyty LDR, ale takie działanie może sugerować – poniekąd słusznie – że Lana Del Rey jest jedynie od początku do końca zaplanowanym produktem, a nie żadną artystką. Tym bardziej, że – jak wytknęli złośliwi – za sukcesem stoi bogaty tatulo, potentat w branży internetowej. Rzut oka na fotografie naszej gwiazdy i wrażenie sztuczności tego produktu się pogłębia. Odważne kreacje w stylu lat 50., seksowne pozy, ostre makijaże, no i te legendarne „napompowane usta”... Wszystko jakby specjalnie stworzone, by rozbudzić pragnienia brzydkiej części słuchaczy, a u piękniejszej wzbudzić zazdrość i kompleksy. Agnieszka Osiecka pisała: czy te oczy mogą kłamać, a w przypadku Lany można sobie zadać pytanie: czy te usta mogą mówić prawdę? Trzeba poznać debiutancką płytę i to sprawdzić.
Najlepsza rada – zapomnieć o uprzedzeniach i posłuchać obiektywnie. Piosenki pop, które - choć w założeniu mają być „łatwe i przyjemne”- nie męczą mnie przy słuchaniu, spotykam w tej chwili rzadko. Słuchanie Lany nie jest dla mnie czynnością wyczerpującą, wręcz przeciwnie – dawno nie słyszałem tylu świeżo brzmiących refrenów, które przecież powinny być solą popu. Prawie każdy refren na tej płycie zapadł mi w pamięć, ale i tak najbardziej zapamiętuje się po przesłuchaniu płyty niesamowity wokal Lany. Czasem delikatny (Dark Paradise), urzekająco dziewczęcy (Radio), czasem nawet do przesady słodki (nienaturalnie wysoki śpiew w refrenie Off to the Races), często ociekający wręcz seksapilem (Blue Jeans) a najczęściej uroczo znudzony (Video Games). Trudno uwierzyć, że za każdym razem śpiewa ta sama osoba. Pewnie nie obyło się bez studyjnych manipulacji (odsyłam do niesławnego występu LDR w słynnym programie telewizyjnym Saturday Night Live), ale skoro efekt jest tak znakomity, mogę przymknąć oczko na pewne fałszerstwa.
Ciężka jest rola szołbiznesowego produktu. Lana stała się obiektem miażdżącej krytyki po wspomnianym katastrofalnym występie telewizyjnym. Menedżerowie (właściciele) Lany zdecydowali się nawet przesunąć trasę koncertową z wiosny 2012 na jesień, aby „popracowała nad umiejętnościami” (nauczyła się śpiewać). Nic dziwnego, że debiutantka zaczęła coraz głośniej mówić o... zakończeniu kariery. Byłbym bardzo zawiedziony, gdyby tak się skończyło, bo ten muzyczny produkt mi niezmiernie zasmakował – choć jestem świadomy, że jest sztuczny, że można go określić jako „popowy fast-food”. Tak więc zajadam się muzycznym hamburgerem od Lany Del Rey i mam nadzieję, że – parafrazując tytuł przeboju The Smiths - wielkie usta znowu zaatakują.
(8/10)
