MYLO XYLOTO (2011)
To była z pewnością najbardziej oczekiwana przeze mnie płyta tego roku - czekałem na nią trzy lata, od przesłuchania ostatniej piosenki na Viva la Vida or Death and All His Friends. Ostatniego albumu, który zrobił na mnie kolosalne wrażenie. O czwartej płycie Coldplay krążą różne opinie, ale dla mnie było to dzieło absolutnie perfekcyjne – w doskonały sposób łączące typową dla grupy Chrisa Martina przebojowość z progresywnymi poszukiwaniami, które wtedy sięgnęły do muzyki świata, ambientu, a nawet pogranicza muzyki klasycznej. Odważnie powiem, że dla mnie to najlepszy album dekady zerowej. Domyślacie się pewnie, że oczekiwania, jakie żywiłem wobec płyty o niewymawialnym tytule, były gigantyczne – poprzeczka powędrowała im na wysokość rekordu życiowego. Niestety, nie przeskoczyli tej wysokości w pierwszej próbie. Jeszcze nie.
Przed posłuchaniem całości znałem trzy utwory z tego albumu. Pierwszy singiel – Every Teardrop is a Waterfall – jest niezły, nowocześnie brzmiący, przywołujący równocześnie pewnego folkowego, szkockiego ducha, ale nie ukrywam, że odczułem pewne rozczarowanie. Po miażdżących singlach Violet Hill, Lovers in Japan, czy przede wszystkim monumentalnym Viva la Vida „Wodospad” wypadł zwyczajnie blado. Jeszcze gorzej było przy usłyszeniu Paradise. Zaczyna się jak kawałek dance’owy i lokuje się niebezpiecznie blisko klubowego parkietu, choć mam skojarzenia także z One Republic – a jak na zespół pokroju Coldplay to jednak nie nobilitacja. Przykre wrażenie łagodzą na szczęście smyczki. To wciąż jeszcze nic. Kolaboracja z Rihanną w kawałku Princess of China załamała mnie po prostu – czysta muza klubowa rodem z Radia Eska. Utwór jest defacto bardziej piosenką barbadoskiej gwiazdy niż autorów In My Place i The Scientist. Po tych dziełach, już przed przesłuchaniem płyty położyłem na Zimnejgrze krzyżyk. „Coldplay się skończył” – pomyślałem. Jak to dobrze stwierdzić, że się myliłem...
Zaczyna się ambientowym wstępem – sympatycy Life in Technicolor na pewno polubią utwór tytułowy. Piosenka spod indeksu drugiego – Hurts Like Heaven – jak na Coldplay wypada zaskakująco radośnie, mam silne skojarzenia z The Strokes... Świetna, chwytliwa rzecz! Sporą dawkę przebojowości, i pewnej stadionowości, odnajdujemy również wDon't Let It Break Your Heart, w którym znów słychać akcenty klubowe. Charlie Brown to pogodny, uroczy kawałek – choć tym razem bardziej folkowy. Inspiracje takie słychać też w pięknej, akustycznej balladzie Us Against the World – przywołuje ona echa rewelacyjnego debiutu Coldplay, Parachutes. Nastrojowe oblicze brytyjskiej grupy, za które pokochały ją rzesze fanów, reprezentuje też Up in Flames – subtelny, stonowany kawałek popowy, w którym Martin popisuje się urzekającym falsetem, jak również akustyczna ballada U.F.O. Up With the Birds, z gitarami akustycznymi i przestrzennymi, ambientowymi pejzażami dźwiękowymi jest doskonałym zwieńczeniem płyty. Na koniec zostawiłem najlepszy utwór na albumie, jeden z najciekawszych w dorobku Coldplay – wyjątkowo jak na nich zadziorny, dynamiczny Major Minus, z interesującą gitarą akustyczną na elektronicznym tle. Warto zwrócić uwagę na nieoczywisty, choć chwytliwy refren – z zaśpiewem ooh-ooh. O MMIX i A Hopeful Transmission nie warto się rozpisywać, to jedynie króciutkie przerywniki.
Zatem Coldplay się nie kończy, ma jeszcze sporo do powiedzenia. Nie stoją w miejscu, mają na siebie kolejny pomysł – po przygodach z world music obrali kierunek zdecydowanie bardziej elektroniczny, śmiało zapuszczając się w rejony muzyki klubowej. Trudno, żeby mnie taka koncepcja wprawiła w euforię – jestem zwolennikiem raczej muzyki „organicznej”. Po Vivie... miałem nadzieję, że będzie stać ich na stworzenie współczesnego odpowiednika Remain in Light, czy nawet Graceland. Teraz im bliżej będzie do stworzenia odpowiednika Kid A... Choć kto wie? Może zaskoczą jeszcze innym kierunkiem? Mimo pewnego rozczarowania, od posłuchania ostatnich dźwięków Up With the Birds już czekam na kolejne dzieło Coldplay.
(7/10)
