środa, 28 marca 2012

Amp futbol - nie ma rzeczy niemożliwych

Pełnosprawni, którzy w wyniku wypadków czy kontuzji musieli przez pewien czas poruszać się o kulach, wiedzą, z jak ogromnym wysiłkiem może się to wiązać. Wchodzenie po schodach, przechodzenie przez ulicę – codzienne czynności bywają w takich okolicznościach skrajnie wyczerpujące. Wyobraźcie sobie teraz, że poruszając się o kulach macie zagrać w piłkę nożną…

Amp futbol uprawiają osoby po amputacji jednej z kończyn – zawodnicy z pola nogi, bramkarze ręki. Dla pełnosprawnej osoby widok ampfutbolistów w akcji jest czymś niewiarygodnym – operują piłką i poruszają się po placu gry ze sprawnością, jakiej niejeden zdrowy mógłby im tylko zazdrościć. Nie wolno im używać protez, sportowcy posługują się w grze kulami łokciowymi. Celowe dotknięcie piłki kulą, bądź też kikutem, traktowane jest jak „ręka” w piłce nożnej. Zabrania się też wślizgów i fauli przy użyciu kuli. Drużyny liczą sześciu zawodników plus bramkarz, boisko jest znacznie mniejszych rozmiarów niż w „zwykłej” piłce nożnej. Mecz też trwa krócej, 2 razy po 25 minut.

Sport ten powstał w Stanach Zjednoczonych na początku lat 80. Za jego wynalazcę uważa się Dona Bennetta z Seattle, który, jak głosi ampfutbolowa legenda, odkrył go przypadkiem – podając dzieciom piłkę do koszykówki kopnięciem. Dyscyplina nabrała rozpędu dzięki Billowi Barry’emu, profesjonalnemu sędziemu piłkarskiemu. Podczas podróży po Ameryce Środkowej i Europie propagował ideę amp futbolu. Już w 1987 roku odbyły się pierwsze nieoficjalne mistrzostwa świata, zakończone zwycięstwem żołnierzy-weteranów z Salwadoru. Silne drużyny narodowe powstały również w Rosji, Anglii, Brazylii i Uzbekistanie. W 2007 roku Turcja była gospodarzem pierwszych oficjalnych mistrzostw świata, pod egidą World Amputee Football Federation (Światowej Federacji Amp Futbolu), których zwycięzcami zostali Uzbecy.

1 października 2011 to przełomowa data dla polskiego sportu niepełnosprawnych – był to początek reprezentacji Polski w amp futbolu. W pierwszym treningu wzięło udział 13 zawodników z różnych zakątków kraju, trenując pod okiem Marka Dragosza i Krzysztofa Wajdy. Kadra ma za sobą już pięć zgrupowań, a 31 marca zanotuje międzynarodowy debiut  – weźmie udział w turnieju czterech narodów w Leigh Sports Village k. Manchesteru. Rywalami Polaków podczas dwudniowych zawodów będą Niemcy, Irlandczycy i gospodarze, Brytyjczycy.

Kilka lat temu cały świat poruszony był historią Oscara Pistoriusa, biegacza z Republiki Południowej Afryki. W pierwszym roku życia stracił obydwie nogi, ale nie przeszkodziło mu to w realizacji sportowej pasji. Dzięki specjalnym protezom zrobił karierę sprintera, a podziwu godna determinacja doprowadziła go na areny mistrzostw świata pełnosprawnych. Popularność Pistoriusa sprawiła, że niepełnosprawni biegacze nie są już dla nikogo sensacją. Ale sportowcy po amputacji nogi realizują się również w innych dyscyplinach, w których – wydawałoby się – niezbędna jest pełna sprawność kończyn. Z piłką nożną na czele. Czy za kilka lat możemy się spodziewać na profesjonalnych futbolowych arenach piłkarzy poruszających się o kulach? Zawodowcy może i górują nad niepełnosprawnymi kolegami profesjonalnym przygotowaniem fizycznym, ale determinacji i siły woli z pewnością mogliby się od nich uczyć…

Polskich ampfutbolistów można wesprzeć, przekazując im 1% podatku. KRS: 0000270809
cel szczegółowy: Stowarzyszenie "Amp Futbol".
W pisaniu tego tekstu wsparłem się materiałami ze stron www.ampfutbol.pl i www.ampsoccer.com.


piątek, 9 marca 2012

alla barn i början #1: Blur

Tekst poniższy miał być częścią przeglądu twórczości Blur, ale jakoś zabrakło mi weny na całość ;> (być może do tematu wrócę).  Postanowiłem jednak otworzyć nim nowy cykl na SOT, w którym omawiał będę nie zawsze wspaniałe debiuty wspaniałych zespołów. Tytuł cyklu jest w języku szwedzkim i można go przetłumaczyć na polskie "pierwsze koty za płoty".
Może chcielibyście poczytać o debiucie jakiegoś swojego ulubionego zespołu? Czekam na propozycje :)

BLUR
LEISURE(1991)
 

Niektóre słynne zespoły mogą być dumne ze swych debiutów, czego przykładem może być omawiany przeze mnie jakiś czas temu debiutancki album R.E.M. Murmur, który uważam wręcz za szczytowe osiągnięcie amerykańskiej grupy. Niektóre słynne zespoły wolałyby jednak swoje debiuty wymazać z pamięci. Z pewnością w tym gronie jest Blur, którego lider, Damon Albarn, krótko po wydaniu drugiego, przełomowego albumu Modern Life Is Rubbish, określił jego poprzednika mianem okropnej płyty. Być może potraktował swoje pierwsze dziecko trochę zbyt surowo, niemniej jednak trudno zaprzeczyć, że Leisure nie należy do największych osiągnięć angielskiej formacji.
Kiedy na przełomie lat 80. i 90. zespół Blur stawiał pierwsze kroki, Zjednoczone Królestwo opanowała imprezowa gorączka. Angielska młodzież z wielkich przemysłowych miast znalazła sposób na wyładowanie frustracji spowodowanej brakiem perspektyw i kryzysem gospodarczym. Było to rave - całonocne imprezy w klubach z muzyką taneczną, napędzane narkotykami. W tej sytuacji na rynku muzycznym nie dziwił boom na elektronikę, dance i house. Rockmani, aby nie wypaść z mody, chcąc nie chcąc musieli ożenić elektronikę z gitarami, a dzieckiem z tego małżeństwa był nurt zwany Madchesterem, bądź też „baggy”. Wywiedzione z beatlesowskiej tradycji melodie połączono z syntetycznymi beatami, a wszystko to w gęstym psychodelicznym sosie. Na absolutnym topie były takie grupy, jak The Stone Roses, Happy Mondays i The Charlatans. Na fali popularności Madchesteru mieli nadzieje wypłynąć także debiutanci, dowodzeni przez byłego studenta szkoły aktorskiej, Damona Albarna.
Leisure sprawia właśnie wrażenie raczej koniunkturalnej produkcji, niż oryginalnej wypowiedzi artystycznej. Wszystko, z czym kojarzy się scena madchesterska, na tej płycie jest – psychodeliczne gitary i przetworzony wokal (She’s So High), taneczne rytmy (Bang, Bad Day), energetyczne gitarowe riffy i psychodeliczne solówki puszczone od końca (There’s No Other Way) i leniwy śpiew na granicy fałszu, trochę w manierze Iana Browna (w każdym utworze). Niestety, na początku kariery Albarn nie był jeszcze kompozytorem na miarę talentu tandemu Brown-Squire. Takie kawałki jak High Cool i Repetition mają słabe i nudne melodie, a refreny singlowych She’s So High i Bang są trochę przebojowe „na siłę”, bez polotu. Znacznie lepiej wypada mocno gitarowy There’s No Other Way, zasłużony pierwszy przebój Blur, który dotarł do ósmej pozycji UK Charts i rozpętał krótkotrwałą popularność zespołu Albarna (prawdziwa sława miała nadejść dopiero trzy lata później, przy okazji płyty Parklife).
Mimo wtórności tego debiutu, można już odnaleźć tutaj pewne elementy przyszłego stylu zespołu. Fool, mimo że to dość naiwnie brzmiąca kompozycja, to już forpoczta britpopu, który wykwitnie dwa lata później, a ballady Sing (wykorzystana w kultowym filmie Trainspotting) i Birthday pasowałyby klimatem do najbardziej ambitnego dzieła formacji, 13 z 1999 roku.
(5/10)

wtorek, 6 marca 2012

Sleigh Bells - Reign of Terror


SLEIGH BELLS
REIGN OF TERROR (2012)  
 
Nowojorski duet, tworzony przez wokalistkę Alexis Krauss i gitarzystę Dereka E. Millera wydaje się być doskonałą definicją pozornie oksymoronicznego terminu „noise pop”. Na tle zadziornych, hałaśliwych gitar i elektroniki mamy doskonałe, niesłychanie chwytliwe melodie, które natychmiast zapadają w pamięć. Comeback Kid, End of the Line i Road to Hell to stuprocentowe popowe przeboje. Z takim piosenkowym talentem duet mógłby zdystansować każdą popową gwiazdkę na muzycznym rynku.
(Nie)stety, raczej nie mają takich ambicji. Przed zawłaszczeniem przez mainstream ratują się, „psując” piosenki miażdżącymi gitarami. Posłuchajcie Born to Lose – melodia to czysty pop, ale riffy to już regularne panczurstwo; pod koniec gitary zabierają nas jeszcze w świat zimnej fali lat 80. Podobny kontrast słodycz śpiewu-chropowatość gitar mamy również w Leader of the Pack oraz You Lost Me – w tym drugim kawałku Derek zahaczawręcz o nu metal. Potężny, stadionowy riff napędza Crush, w którym słyszymy też klaskanie i skandowanie, co nasuwa skojarzenia z przebojem Toni Basil sprzed lat, słynnym Hey Mickey. Słodki śpiew na rzecz skandowania Alexis porzuca również w Demons, Derek natomiast krzesa riffy zgoła hardcore’owe. Ale największy czad dostajemy już na samym początku. True Shred Guitar otwiera mylący, pseudokoncertowy fragment z dodaną owacją publiczności; po chwili słyszymy riffowanie, jakiego nie powstydziłby się zespół… Rage Against The Machine! To już właściwie metal… Alexis zresztą też bliżej w tym utworze do Zacka de la Rochy niż Britney Spears.
Cenię samoprzylepne melodie, ale i alternatywne podejście do muzyki, a brooklyński duet w perfekcyjny sposób realizuje oba te założenia. Tak specyficzna muzyka nie zdobędzie szerokiej popularności  - choć, jak już pisałem, potencjał duetu jest gigantyczny. Widać dobrze się czują w alternatywnej niszy, nagrywając płyty, przy których bez wyrzutów sumienia tańczyć mogą zarówno bywalcy dyskotek, jak i punkowcy. Więc tańczmy.

(9/10)

czwartek, 9 lutego 2012

Lana Del Rey - Born To Die


LANA DEL REY
BORN TO DIE (2012)
 
Biografia i imidż Elizabeth Grant, szerzej znanej jako Lana Del Rey, nie budzi zaufania. Pojawiła się znikąd i od razu wykreowana została na nową księżniczkę muzyki pop, a jej debiut na największe wydarzenie muzyczne bieżącego roku. Przed masami zwykłych zjadaczy popu ukryto fakt, że dwa lata wcześniej wydała debiutancki album w wersji cyfrowej pt. Lana Del Ray aka Lizzy Grant, który przeszedł właściwie bez echa. Zamieciono go więc pod dywan (czytaj: usunięto z iTunes). Latem planuje się wydanie go jako „drugiej” płyty LDR, ale takie działanie może sugerować – poniekąd słusznie – że Lana Del Rey jest jedynie od początku do końca zaplanowanym produktem, a nie żadną artystką. Tym bardziej, że – jak wytknęli złośliwi – za sukcesem stoi bogaty tatulo, potentat w branży internetowej. Rzut oka na fotografie naszej gwiazdy i wrażenie sztuczności tego produktu się pogłębia. Odważne kreacje w stylu lat 50., seksowne pozy, ostre makijaże, no i te legendarne „napompowane usta”... Wszystko jakby specjalnie stworzone, by rozbudzić pragnienia brzydkiej części słuchaczy, a u piękniejszej wzbudzić zazdrość i kompleksy. Agnieszka Osiecka pisała: czy te oczy mogą kłamać, a w przypadku Lany można sobie zadać pytanie: czy te usta mogą mówić prawdę? Trzeba poznać debiutancką płytę i to sprawdzić.
Najlepsza rada – zapomnieć o uprzedzeniach i posłuchać obiektywnie.  Piosenki pop, które - choć w założeniu mają być „łatwe i przyjemne”- nie męczą mnie przy słuchaniu, spotykam w tej chwili rzadko. Słuchanie Lany nie jest dla mnie czynnością wyczerpującą, wręcz przeciwnie – dawno nie słyszałem tylu świeżo brzmiących refrenów, które przecież powinny być solą popu. Prawie każdy refren na tej płycie zapadł mi w pamięć, ale i tak najbardziej zapamiętuje się po przesłuchaniu płyty niesamowity wokal Lany. Czasem delikatny (Dark Paradise), urzekająco dziewczęcy (Radio), czasem nawet do przesady słodki (nienaturalnie wysoki śpiew w refrenie Off to the Races), często ociekający wręcz seksapilem (Blue Jeans) a najczęściej uroczo znudzony (Video Games). Trudno uwierzyć, że za każdym razem śpiewa ta sama osoba. Pewnie nie obyło się bez studyjnych manipulacji (odsyłam do niesławnego występu LDR w słynnym programie telewizyjnym Saturday Night Live), ale skoro efekt jest tak znakomity, mogę przymknąć oczko na pewne fałszerstwa.
Ciężka jest rola szołbiznesowego produktu. Lana stała się obiektem miażdżącej krytyki po wspomnianym katastrofalnym występie telewizyjnym. Menedżerowie (właściciele) Lany zdecydowali się nawet przesunąć trasę koncertową z wiosny 2012 na jesień, aby „popracowała nad umiejętnościami” (nauczyła się śpiewać). Nic dziwnego, że debiutantka zaczęła coraz głośniej mówić o... zakończeniu kariery. Byłbym bardzo zawiedziony, gdyby tak się skończyło, bo ten muzyczny produkt mi niezmiernie zasmakował – choć jestem świadomy, że jest sztuczny, że można go określić jako „popowy fast-food”. Tak więc zajadam się muzycznym hamburgerem od Lany Del Rey i mam nadzieję, że – parafrazując tytuł przeboju The Smiths - wielkie usta znowu zaatakują.
(8/10)

środa, 30 listopada 2011

The Beach Boys - SMiLE

 THE BEACH BOYS
SMILE (2011)  
 
Wszystko już było – rzekł Ben Akiba/A gdy nie było – śniło się chyba – powiada Gałczyński. Szczególnie, moim zdaniem, w muzyce popularnej - współczesna scena muzyczna zajmuje się nieustannym przetwarzaniem starych pomysłów i rozwiązań. Nie dziwi mnie zatem szczególnie fakt, że jednym z największych muzycznych wydarzeń AD 2011 okazuje się wydanie albumu nagranego pomiędzy 1966 a 1967. Ale to coś więcej niż wyciąganie ciekawostek z muzycznego archiwum X - omawiana płyta to bowiem regularny album, od początku do końca przemyślane dzieło. Gdyby SMiLE ukazał się w tym magicznym Sześćdziesiątym Siódmym roku, z pewnością stałby się absolutnym klasykiem klasyków. Autorzy jego, czyli wspaniali The Beach Boys, byli w tych latach jednym z dwóch największych zespołów świata – i to w szczycie swoich twórczych możliwości.
Za opus magnum Plażowych Chłopców uznaje się album Pet Sounds, dziś często uważany za najwybitniejsze osiągnięcie muzyki popularnej. Lider i absolutny szef muzyczny zespołu, Brian Wilson, miał przed sobą nie lada wyzwanie. Znów posłużę się moją ulubioną metaforą poprzeczki – Wilson miał do przeskoczenia wysokość rekordu świata, a do skoku szykował się reprezentant Zjednoczonego Królestwa (miał on zresztą ten rekord w tymże skoku pobić, ale to inna historia). Brian przygotował więc bardzo interesujący plan nowego albumu, nastoletniej symfonii do Boga (jego własne słowa). SMiLE miał być konceptem bez precedensu – tworzyć muzyczno-słowną całość, która miała być podróżą przez całą amerykańską tradycję muzyczną i kulturową, i dać odpór tzw. brytyjskiej inwazji, która kilka lat wcześniej zalała USA. Wszystko to, rzecz jasna, w gęstych oparach psychodelii. Z nie do końca zrozumiałych dla mnie powodów album, decyzją Briana, odłożono na półkę – jako przyczyny podaje się m.in. fatalną kondycję psychiczną lidera po nagraniu albumu (spowodowaną ponoć narkotykami) i konflikt wewnętrzny w zespole – między wokalistą i saksofonistą Mike’m Love a Van Dyke Parksem. Parks napisał na SMiLE teksty, które – mówiąc delikatnie – nie przypadły Love’owi do gustu.
Jak mówi porzekadło – lepiej późno niż wcale, i po czterdziestu czterech latach ów „Święty Graal popu” ujrzał światło dzienne. W 2004 Wilson co prawda zaprezentował nagraną na nowo wersję SMiLE (podpisaną jego nazwiskiem), ale przyjemność obcowania z oryginalnym materiałem z epoki jest niepowtarzalna. Oczywiście, będziemy ją czerpać pod warunkiem, że kupimy dziwaczną momentami konwencję, jaką przyjął szef The Beach Boys. „Na pierwszy rzut ucha” album wydaje się bowiem zbiorem szkiców, a nie właściwych piosenek – mnóstwo króciutkich miniaturek, instrumentali, dziwnych rozwiązań muzycznych. W jednej piosence może się pojawić kilka nieprzystających pozornie do siebie wątków. Cała zresztą płyta zdumiewa swoim eklektyzmem – można się tu spodziewać wszystkiego, ale ani na moment nie jesteśmy w stanie zapomnieć, z jakim zespołem mamy do czynienia.
Płytę otwiera Our Prayer, ze znakiem firmowym Wilsona i paczki – doskonałymi harmoniami wokalnymi w stylu doo-wop. Znacznie mniej typowe wokalizy mamy w Do You Like Worms – dzikie, plemienne, rytualne zaśpiewy. Pewne echa muzyki barokowej słyszę w Heroes and Villains, a w Wonderful staroświecki klimat wprowadza (chyba) klawesyn. Cabin Essence z początku brzmi jak utwór z westernowego soundtracku, ale w dalszej części harmonie wokalne budują psychodeliczną ścianę dźwięku. Jeśli mowa o soundtrackach – The Elements, z dźwiękami jakby alarmowych syren, sprawdziłaby się jako tło do horroru, a w Holidays pojawiają się zabawne brzmienia rodem ze starych kreskówek. Inspirację muzyką konkretną można odnaleźć w I Wanna Be Around/Workshop – w końcówce słyszymy odgłosy tytułowego warsztatu. Dźwięki pozytywki i delikatnego fletu wnoszą do Look (Song for Children), zgodnie z tytułem, coś z kołysanki, ale marszowy rytm i motywy niby-kreskówkowe nie pozwalają zasnąć słuchaczowi. Surf’s Up (który w nieco zmienionej wersji trafił na tak zatytułowany album w 1971 roku) brzmi na tej płycie najbardziej… beatlesowsko. Przypomina też, że to i owo Beach Boysom zawdzięczają panowie z Electric Light Orchestra. No, ale ten utwór na SMiLE to dla fanów grupy Briana Wilsona żadne odkrycie – podobnie jak zamykający podstawowy zestaw utworów (pełne wydanie SMiLE składa się z czterech płyt, z mnóstwem dodatkowych materiałów – demówek, wersji alternatywnych itp.) Good Vibrations. Wiadomo, jeden z największych przebojów muzyki popularnej wszystkich czasów…
Nie wymieniłem w tej recenzji jeszcze wielu utworów z tej płyty – pozostałe to najczęściej muzyczne miniaturki. Może irytować pewna chaotyczność i nieuporządkowanie tego zestawu… Ale kto by się przejmował takimi drobiazgami, skoro SMiLE to skarbnica z być może porozrzucanymi bezładnie, lecz i tak świecącymi wspaniałym blaskiem popowymi klejnotami. Lektura obowiązkowa, bez dwóch zdań.
(9/10)

poniedziałek, 21 listopada 2011

Kasabian - Velociraptor!



KASABIAN
VELOCIRAPTOR! (2011)
 
Nie mogę powiedzieć, żebym nie lubił Kasabian, ale nigdy nie był mi specjalnie bliski. Choć takie numery jak Club Foot czy Shoot the Runner z czystym sumieniem mogę nazwać klasykami indie, to w ich muzyce zawsze mi brakowało pewnego pierwiastka geniuszu, jaki cechuje moim zdaniem propozycje takich Arctic Monkeys czy, hehe, Muse. Dawne propozycje Kasabian są po prostu dobre, poprawne, dostateczny z plusem. Nie sądziłem, że nowy album brytyjskiej grupy zmieni ten stan rzeczy. A jednak.
W recenzjach czwartej płyty Kasabian często znajdowałem porównania do Beatlesowskiego Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band. Oczywiście trudno się spodziewać, żeby odegrała w historii muzyki tak wielką rolę, jak dzieło Fab Four, ale wielobarwny eklektyzm, jaki rzuca się w uszy natychmiast podczas słuchania sprawia, że skojarzenia takie i mi nasunęły się naturalnie. Tom Meighan i spółka nie odkrywają nowych terytoriów, ale odbywają intrygującą wycieczkę po całej historii muzyki pop. Let's Roll Just Like We Used To zaskakująco zaczyna się meksykańską trąbką, potem nie mniej zaskakująco wypada melodia a’la wcześni The Beatles, a ciekawy refren z udziałem dęciaków kojarzy mi się z niedawnymi dokonaniami Alexa Turnera pod szyldem The Last Shadow Puppets. Trochę bardziej przewidywalnie brzmi Days Are Forgotten, asekurancko wydany jako singel. Przypomina, że członkowie Kasabian nie wyrzucili z półek płytowych klasycznych płyt Happy Mondays i Primal Scream, kojarzy się zresztą z hitami z poprzedniej płyty West Ryder Pauper Lunatic Asylum. Ciekawie wypada kontrast rapowanych zwrotek z popowym refrenem. W Goodbye Kiss znów kłania się Czwórka z Liverpoolu – kawałek zaskakuje słodyczą i retro-popową melodyką, sympatycznie brzmią zniewalające damskie wokalizy i jakby podkradziony starszym kolegom z Blur zaśpiew la la la. Ale co następny numer, tym większa „pozytywna konsternacja”. La Fee Verte ma intro ze ścieżki dźwiękowej horroru. Dalej pozostajemy w klimatach filmowych, ale raczej w okolicach starych filmów włoskich (ta trąbka…) Do Kasabianowej normy wracamy na chwilę w dynamicznym numerze tytułowym, znów na granicy rapu, z bezpretensjonalnym, przebojowym refrenem. Acid Turkish Bath (Shelter From the Storm) zgodnie z tytułem – i psychodeliczne, i orientalne. W I Hear Voices słyszę… no, może nie głosy, ale Kraftwerk na pewno – minimalistyczny, elektroniczny numer. Na sprawdzone tereny wracamy na momencik w Re-Wired, który przenosi nas do new-rave’owego klubu.  W miejsce o zupełnie innym charakterze trafiamy dzięki Man of Simple Pleasures – w mocno barowym, leniwym klimacie, z wyraźnymi echami klasyków „rocka robotniczego” – Oasis.  Agresji Kasabian nabiera w Switchblade Smiles, z fajnym syntezatorowym motywem – ale moim zdaniem to najsłabszy punkt albumu. Dobrym zamknięciem tej nieprzewidywalnej płyty  jest Neon Noon, z syntezatorowymi plamami dźwiękowymi i rozwlekłym, psychodelicznym śpiewem. I tak mknie ten rollercoaster brzmieniowy – od klubu rave po stare kino, gdzie grają Felliniego, przez psychodeliczną łaźnię do baru w Manchesterze i z powrotem. Jestem pod wrażeniem pomysłowości tego zespołu – oto dowód na to, że w XXI wieku można z tysiące razy używanych muzycznych klocków zbudować ciekawą budowlę. Jeśli Sgt. Pepper’s był opus magnum generacji hippisów, to Velociraptor! może jak najbardziej być Sierżantem Pieprzem generacji hipsterów.
Dinozaury z tytułu albumu to w Parku Jurajskim Spielberga wyjątkowo wstrętne kreatury, których w żaden sposób nie można polubić. The point is … you are alive when they start to eat you. So you know … try to show a little respect – rzecze o tych bestiach Sam Neill w owym filmie. Może nie poczułem się jeszcze całkowicie zjedzony przez Kasabianowego jaszczura, ale zdecydowanie czuję do niego szacunek.
(8/10)

piątek, 18 listopada 2011

Iza Lach - Krzyk

IZA LACH
KRZYK (2011)

Druga płyta Izy Lach (rocznik 1989) wypełniona jest perfekcyjnymi popowymi utworami i z miejsca chwytającymi za serce sentymentalnymi melodiami, ale nie będzie raczej ulubienicą mainstreamowych radiów i telewizji. Wzorem dla Izy są raczej Beach Boys i The Beatles, a nie Modern Talking, słuchanie piosenek nie powoduje fizycznego bólu, a teksty nie uwłaczają inteligencji słuchacza. Te karygodne błędy w doktrynie sprowadzają ją do roli co najwyżej pupilki alternatywnych portali typu Porcys.
Otwierające album Futro cechuje się rzecz jasna uroczą melodią i typową dla Izy słodką, dziewczęcą manierą wokalną, ale ostra, przesterowana (metalowa wręcz!!!) gitara w intrze już na starcie zniechęciłaby zwykłego zjadacza radia. Ciekawie wypada również nienachalny klawisz i monotonne pykanie automatu perkusyjnego. Znacznie spokojniejsze oblicze młodej wokalistki odsłania – pod trochę mylącym tytułem – piosenka Krzyk. Mam wrażenie, że numer pasowałby do nowej płyty Coldplay. Subtelny klimat panuje też w Tylko mój, z cudowną, eteryczną melodią, Boję się – trochę w retro stylistyce, z fortepianem, i Czy pamiętasz. W tym ostatnim utworze wyraźnie czuję wpływ Nosowskiej z okresu płyty Osiecka – znów fortepian i coś jakby mandolina tworzy uroczo staroświecki nastrój. Zdecydowanie dynamiczniej wypada synthpopowy Nic więcej (rewelacyjny syntetyczny bas!) i Jeśli upadniesz. Oba utwory kojarzą się wyraźnie z barwną estetyką ejtisów, ale już Idź stąd przenosi nas w psychodeliczne lata 60. – absolutnie genialne harmonie wokalne budzą skojarzenia z The Beach Boys i The Beatles. Ciekawe wokalizy bez słów Iza prezentuje w G.I.C. i Wstań – dowód niewątpliwego talentu i oryginalności artystki. Żeby nie było za słodko: z kombinactwem wokalnym przesadza w Chociaż raz – pojękiwania Izy mogą mocno zirytować, a Wydaje mi się drażni wymuszoną, banalną do bólu melodyką.
Mimo pewnych niedoskonałości, nie można wobec tego albumu przejść obojętnie. Iza Lach jest niewątpliwie jednym z najciekawszych wykonawców na poletku ambitnego (czy też wręcz – alternatywnego) popu w naszym kraju. Monika Brodka, autorka przełomowej Grandy może się czuć na fotelu lidera zagrożona.
(7/10)