Nie mogę powiedzieć, żebym nie lubił Kasabian, ale nigdy nie był mi specjalnie bliski. Choć takie numery jak Club Foot czy Shoot the Runner z czystym sumieniem mogę nazwać klasykami indie, to w ich muzyce zawsze mi brakowało pewnego pierwiastka geniuszu, jaki cechuje moim zdaniem propozycje takich Arctic Monkeys czy, hehe, Muse. Dawne propozycje Kasabian są po prostu dobre, poprawne, dostateczny z plusem. Nie sądziłem, że nowy album brytyjskiej grupy zmieni ten stan rzeczy. A jednak.
W recenzjach czwartej płyty Kasabian często znajdowałem porównania do Beatlesowskiego Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band. Oczywiście trudno się spodziewać, żeby odegrała w historii muzyki tak wielką rolę, jak dzieło Fab Four, ale wielobarwny eklektyzm, jaki rzuca się w uszy natychmiast podczas słuchania sprawia, że skojarzenia takie i mi nasunęły się naturalnie. Tom Meighan i spółka nie odkrywają nowych terytoriów, ale odbywają intrygującą wycieczkę po całej historii muzyki pop. Let's Roll Just Like We Used To zaskakująco zaczyna się meksykańską trąbką, potem nie mniej zaskakująco wypada melodia a’la wcześni The Beatles, a ciekawy refren z udziałem dęciaków kojarzy mi się z niedawnymi dokonaniami Alexa Turnera pod szyldem The Last Shadow Puppets. Trochę bardziej przewidywalnie brzmi Days Are Forgotten, asekurancko wydany jako singel. Przypomina, że członkowie Kasabian nie wyrzucili z półek płytowych klasycznych płyt Happy Mondays i Primal Scream, kojarzy się zresztą z hitami z poprzedniej płyty West Ryder Pauper Lunatic Asylum. Ciekawie wypada kontrast rapowanych zwrotek z popowym refrenem. W Goodbye Kiss znów kłania się Czwórka z Liverpoolu – kawałek zaskakuje słodyczą i retro-popową melodyką, sympatycznie brzmią zniewalające damskie wokalizy i jakby podkradziony starszym kolegom z Blur zaśpiew la la la. Ale co następny numer, tym większa „pozytywna konsternacja”. La Fee Verte ma intro ze ścieżki dźwiękowej horroru. Dalej pozostajemy w klimatach filmowych, ale raczej w okolicach starych filmów włoskich (ta trąbka…) Do Kasabianowej normy wracamy na chwilę w dynamicznym numerze tytułowym, znów na granicy rapu, z bezpretensjonalnym, przebojowym refrenem. Acid Turkish Bath (Shelter From the Storm) zgodnie z tytułem – i psychodeliczne, i orientalne. W I Hear Voices słyszę… no, może nie głosy, ale Kraftwerk na pewno – minimalistyczny, elektroniczny numer. Na sprawdzone tereny wracamy na momencik w Re-Wired, który przenosi nas do new-rave’owego klubu. W miejsce o zupełnie innym charakterze trafiamy dzięki Man of Simple Pleasures – w mocno barowym, leniwym klimacie, z wyraźnymi echami klasyków „rocka robotniczego” – Oasis. Agresji Kasabian nabiera w Switchblade Smiles, z fajnym syntezatorowym motywem – ale moim zdaniem to najsłabszy punkt albumu. Dobrym zamknięciem tej nieprzewidywalnej płyty jest Neon Noon, z syntezatorowymi plamami dźwiękowymi i rozwlekłym, psychodelicznym śpiewem. I tak mknie ten rollercoaster brzmieniowy – od klubu rave po stare kino, gdzie grają Felliniego, przez psychodeliczną łaźnię do baru w Manchesterze i z powrotem. Jestem pod wrażeniem pomysłowości tego zespołu – oto dowód na to, że w XXI wieku można z tysiące razy używanych muzycznych klocków zbudować ciekawą budowlę. Jeśli Sgt. Pepper’s był opus magnum generacji hippisów, to Velociraptor! może jak najbardziej być Sierżantem Pieprzem generacji hipsterów.
Dinozaury z tytułu albumu to w Parku Jurajskim Spielberga wyjątkowo wstrętne kreatury, których w żaden sposób nie można polubić. The point is … you are alive when they start to eat you. So you know … try to show a little respect – rzecze o tych bestiach Sam Neill w owym filmie. Może nie poczułem się jeszcze całkowicie zjedzony przez Kasabianowego jaszczura, ale zdecydowanie czuję do niego szacunek.
(8/10)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz