COOL KIDS OF DEATHPLAN EWAKUACJI (2011)
W 2002 roku stali się sprawcami chyba ostatniej rewolucji na polskiej scenie rockowej. Niepokorni łodzianie dzięki butnym wypowiedziom w mediach i ostrym tekstom piosenek okrzyknięci zostali rzecznikami młodego, sfrustrowanego pokolenia bez perspektyw – tak zwanej Generacji nic, której swoistym hymnem stała się piosenka Cool Kids of Death pod tym samym tytułem. Także w warstwie muzycznej ich album self-titled był powiewem świeżego powietrza na polskiej scenie – ostry, brudny gitarowy rock, z wyraźnie słyszalnymi inspiracjami brytyjskim i amerykańskim indie rockiem. Nie dziwne, że nie tylko alternatywne media uczyniły CKOD swoimi pupilkami. Z biegiem lat łodzianie stopniowo złagodzili swój przekaz, najwyraźniej zmęczeni etykietką „buntowników z powodem”. Na swoim piątym albumie też wydają się buntownikami – ale buntownikami przeciwko... buntowi. Skomplikowane? OK, już wyjaśniam.
„Kulki” wyraźnie potoczyły się w stronę popu – zwłaszcza popu rodem z lat 80., z przedrostkiem „synth”. Słuchając płyty wiele razy miałem wrażenie, że inspiracją były płyty Depeche Mode z owej dekady. W Karaibskim pobrzmiewają klawisze jakby wyjęte ze Speak & Spell, w towarzystwie sekcji rytmicznej Joy Division. Drugą płytę DM – A Broken Frame – słyszę w Białej fladze. Republiki akurat nie słychać, ale wkomponowana w elektroniczne tło gitara akustyczna wywołuje u mnie jednoznaczne skojarzenia z estetyką – uwaga – Strachów na Lachy! Aby zakończyć wątek depeszowy, dodam jeszcze, że Złe rzeczy pobrzmiewa Mode z okresu Black Celebration, za to refren ewidentnie kojarzy się z indie-dyskoteką, której patronami są Franz Ferdinand. Kolejnym – chyba największym – zaskoczeniem na płycie jest Nie mam nic, oparty na rytmice... reggae, z chaotycznym, elektronicznym podkładem z mnóstwem dziwnych przeszkadzajek. Do muzyki tanecznej nawiązuje sporo utworów, ale nie powinno to jakoś specjalnie dziwić - jednym z ukochanych wykonawców wokalisty, Krzysztofa Ostrowskiego jest New Order. Zwrot w tę stronę wydaje mi się owym świadectwem buntu przeciw postrzeganiu Kulek jako wiecznych rebeliantów, punkowych anarchistów XXI stulecia. Wszyscy chcą od nas buntu, to my zagramy im na nosie i pójdziemy w pop. Ejtisowy „syntek” pojawia się w Pasie, Wiemy wszystko (tu z kolei daje znać też o sobie fascynacja Manchesterem) i singlowym Planem ewakuacji. Szczerze mówiąc, to był fatalny wybór, bo piosenka jest słabiutka, zupełnie nie przykuwająca uwagi, na dodatek brzmi, jakby CKOD zainspirowały ostatnie dokonania...Much! Na minus grupie zaliczam też numery Wyłącz to, z irytującym skandowaniem, i Dalej pójdę sam – w konsternację wprowadzają dziwaczne okrzyki i uboga melodyka. Ciekawie wypadają natomiast przebojowy, w konwencji „mainstreamowego indie”(bo indie pop to dla mnie coś innego) Chrystus, britpopowy Na kredyt z psychodelicznymi wokalami, i Matka noc, o interesującej, pogmatwanej strukturze.
Ważną stroną twórczości CKOD są teksty. Nie rzucają już butelkami z benzyną i kamieniami, ale to nie znaczy, że zaczęli śpiewać Ulala, I love you baby. W prowokacyjnym Chrystusie padają słowa: Chrystus nareszcie/W naszym cudownym mieście/Ponownie zstąpił na ziemię/Pewnie zaraz już zdechnie. W Białej fladze mamy znów pewną deklarację kontestacji: nie obchodzę rocznic, na czas nie wieszam flag, a w Na kredyt gorzką ironię: Przelewać będę pieniądze zamiast krwi. Nie do końca należy więc utożsamiać autorów tekstów, Ostrowskiego i Kubę Wandachowicza, z podmiotem lirycznym utworu Nie mam nic: Hej/nie mam nic/do powiedzenia Ci.
Nie da się ukryć jednak, że od strony muzycznej nowy album Cool Kids of Death nie prezentuje się jakoś szczególnie oryginalnie, ani ekscytująco. Utwory, jak na ten zespół moim zdaniem trochę zbyt wygładzone, są tylko i wyłącznie poprawne. Ale jak powiedział Ostry w wywiadzie dla listopadowego Teraz Rocka, jeśli ktoś zakłada, że zespół nie ma prawa się zmieniać to niech sobie tkwi w tym niezmienianiu i na okrągło słucha pierwszej płyty. I ma słuszność – doceniam chęć rozwijania się i pójścia do przodu, niemniej jednak chętniej będę wracał do wybuchowego jak butelka z benzyną debiutu.
(6/10)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz