środa, 30 listopada 2011

The Beach Boys - SMiLE

 THE BEACH BOYS
SMILE (2011)  
 
Wszystko już było – rzekł Ben Akiba/A gdy nie było – śniło się chyba – powiada Gałczyński. Szczególnie, moim zdaniem, w muzyce popularnej - współczesna scena muzyczna zajmuje się nieustannym przetwarzaniem starych pomysłów i rozwiązań. Nie dziwi mnie zatem szczególnie fakt, że jednym z największych muzycznych wydarzeń AD 2011 okazuje się wydanie albumu nagranego pomiędzy 1966 a 1967. Ale to coś więcej niż wyciąganie ciekawostek z muzycznego archiwum X - omawiana płyta to bowiem regularny album, od początku do końca przemyślane dzieło. Gdyby SMiLE ukazał się w tym magicznym Sześćdziesiątym Siódmym roku, z pewnością stałby się absolutnym klasykiem klasyków. Autorzy jego, czyli wspaniali The Beach Boys, byli w tych latach jednym z dwóch największych zespołów świata – i to w szczycie swoich twórczych możliwości.
Za opus magnum Plażowych Chłopców uznaje się album Pet Sounds, dziś często uważany za najwybitniejsze osiągnięcie muzyki popularnej. Lider i absolutny szef muzyczny zespołu, Brian Wilson, miał przed sobą nie lada wyzwanie. Znów posłużę się moją ulubioną metaforą poprzeczki – Wilson miał do przeskoczenia wysokość rekordu świata, a do skoku szykował się reprezentant Zjednoczonego Królestwa (miał on zresztą ten rekord w tymże skoku pobić, ale to inna historia). Brian przygotował więc bardzo interesujący plan nowego albumu, nastoletniej symfonii do Boga (jego własne słowa). SMiLE miał być konceptem bez precedensu – tworzyć muzyczno-słowną całość, która miała być podróżą przez całą amerykańską tradycję muzyczną i kulturową, i dać odpór tzw. brytyjskiej inwazji, która kilka lat wcześniej zalała USA. Wszystko to, rzecz jasna, w gęstych oparach psychodelii. Z nie do końca zrozumiałych dla mnie powodów album, decyzją Briana, odłożono na półkę – jako przyczyny podaje się m.in. fatalną kondycję psychiczną lidera po nagraniu albumu (spowodowaną ponoć narkotykami) i konflikt wewnętrzny w zespole – między wokalistą i saksofonistą Mike’m Love a Van Dyke Parksem. Parks napisał na SMiLE teksty, które – mówiąc delikatnie – nie przypadły Love’owi do gustu.
Jak mówi porzekadło – lepiej późno niż wcale, i po czterdziestu czterech latach ów „Święty Graal popu” ujrzał światło dzienne. W 2004 Wilson co prawda zaprezentował nagraną na nowo wersję SMiLE (podpisaną jego nazwiskiem), ale przyjemność obcowania z oryginalnym materiałem z epoki jest niepowtarzalna. Oczywiście, będziemy ją czerpać pod warunkiem, że kupimy dziwaczną momentami konwencję, jaką przyjął szef The Beach Boys. „Na pierwszy rzut ucha” album wydaje się bowiem zbiorem szkiców, a nie właściwych piosenek – mnóstwo króciutkich miniaturek, instrumentali, dziwnych rozwiązań muzycznych. W jednej piosence może się pojawić kilka nieprzystających pozornie do siebie wątków. Cała zresztą płyta zdumiewa swoim eklektyzmem – można się tu spodziewać wszystkiego, ale ani na moment nie jesteśmy w stanie zapomnieć, z jakim zespołem mamy do czynienia.
Płytę otwiera Our Prayer, ze znakiem firmowym Wilsona i paczki – doskonałymi harmoniami wokalnymi w stylu doo-wop. Znacznie mniej typowe wokalizy mamy w Do You Like Worms – dzikie, plemienne, rytualne zaśpiewy. Pewne echa muzyki barokowej słyszę w Heroes and Villains, a w Wonderful staroświecki klimat wprowadza (chyba) klawesyn. Cabin Essence z początku brzmi jak utwór z westernowego soundtracku, ale w dalszej części harmonie wokalne budują psychodeliczną ścianę dźwięku. Jeśli mowa o soundtrackach – The Elements, z dźwiękami jakby alarmowych syren, sprawdziłaby się jako tło do horroru, a w Holidays pojawiają się zabawne brzmienia rodem ze starych kreskówek. Inspirację muzyką konkretną można odnaleźć w I Wanna Be Around/Workshop – w końcówce słyszymy odgłosy tytułowego warsztatu. Dźwięki pozytywki i delikatnego fletu wnoszą do Look (Song for Children), zgodnie z tytułem, coś z kołysanki, ale marszowy rytm i motywy niby-kreskówkowe nie pozwalają zasnąć słuchaczowi. Surf’s Up (który w nieco zmienionej wersji trafił na tak zatytułowany album w 1971 roku) brzmi na tej płycie najbardziej… beatlesowsko. Przypomina też, że to i owo Beach Boysom zawdzięczają panowie z Electric Light Orchestra. No, ale ten utwór na SMiLE to dla fanów grupy Briana Wilsona żadne odkrycie – podobnie jak zamykający podstawowy zestaw utworów (pełne wydanie SMiLE składa się z czterech płyt, z mnóstwem dodatkowych materiałów – demówek, wersji alternatywnych itp.) Good Vibrations. Wiadomo, jeden z największych przebojów muzyki popularnej wszystkich czasów…
Nie wymieniłem w tej recenzji jeszcze wielu utworów z tej płyty – pozostałe to najczęściej muzyczne miniaturki. Może irytować pewna chaotyczność i nieuporządkowanie tego zestawu… Ale kto by się przejmował takimi drobiazgami, skoro SMiLE to skarbnica z być może porozrzucanymi bezładnie, lecz i tak świecącymi wspaniałym blaskiem popowymi klejnotami. Lektura obowiązkowa, bez dwóch zdań.
(9/10)

poniedziałek, 21 listopada 2011

Kasabian - Velociraptor!



KASABIAN
VELOCIRAPTOR! (2011)
 
Nie mogę powiedzieć, żebym nie lubił Kasabian, ale nigdy nie był mi specjalnie bliski. Choć takie numery jak Club Foot czy Shoot the Runner z czystym sumieniem mogę nazwać klasykami indie, to w ich muzyce zawsze mi brakowało pewnego pierwiastka geniuszu, jaki cechuje moim zdaniem propozycje takich Arctic Monkeys czy, hehe, Muse. Dawne propozycje Kasabian są po prostu dobre, poprawne, dostateczny z plusem. Nie sądziłem, że nowy album brytyjskiej grupy zmieni ten stan rzeczy. A jednak.
W recenzjach czwartej płyty Kasabian często znajdowałem porównania do Beatlesowskiego Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band. Oczywiście trudno się spodziewać, żeby odegrała w historii muzyki tak wielką rolę, jak dzieło Fab Four, ale wielobarwny eklektyzm, jaki rzuca się w uszy natychmiast podczas słuchania sprawia, że skojarzenia takie i mi nasunęły się naturalnie. Tom Meighan i spółka nie odkrywają nowych terytoriów, ale odbywają intrygującą wycieczkę po całej historii muzyki pop. Let's Roll Just Like We Used To zaskakująco zaczyna się meksykańską trąbką, potem nie mniej zaskakująco wypada melodia a’la wcześni The Beatles, a ciekawy refren z udziałem dęciaków kojarzy mi się z niedawnymi dokonaniami Alexa Turnera pod szyldem The Last Shadow Puppets. Trochę bardziej przewidywalnie brzmi Days Are Forgotten, asekurancko wydany jako singel. Przypomina, że członkowie Kasabian nie wyrzucili z półek płytowych klasycznych płyt Happy Mondays i Primal Scream, kojarzy się zresztą z hitami z poprzedniej płyty West Ryder Pauper Lunatic Asylum. Ciekawie wypada kontrast rapowanych zwrotek z popowym refrenem. W Goodbye Kiss znów kłania się Czwórka z Liverpoolu – kawałek zaskakuje słodyczą i retro-popową melodyką, sympatycznie brzmią zniewalające damskie wokalizy i jakby podkradziony starszym kolegom z Blur zaśpiew la la la. Ale co następny numer, tym większa „pozytywna konsternacja”. La Fee Verte ma intro ze ścieżki dźwiękowej horroru. Dalej pozostajemy w klimatach filmowych, ale raczej w okolicach starych filmów włoskich (ta trąbka…) Do Kasabianowej normy wracamy na chwilę w dynamicznym numerze tytułowym, znów na granicy rapu, z bezpretensjonalnym, przebojowym refrenem. Acid Turkish Bath (Shelter From the Storm) zgodnie z tytułem – i psychodeliczne, i orientalne. W I Hear Voices słyszę… no, może nie głosy, ale Kraftwerk na pewno – minimalistyczny, elektroniczny numer. Na sprawdzone tereny wracamy na momencik w Re-Wired, który przenosi nas do new-rave’owego klubu.  W miejsce o zupełnie innym charakterze trafiamy dzięki Man of Simple Pleasures – w mocno barowym, leniwym klimacie, z wyraźnymi echami klasyków „rocka robotniczego” – Oasis.  Agresji Kasabian nabiera w Switchblade Smiles, z fajnym syntezatorowym motywem – ale moim zdaniem to najsłabszy punkt albumu. Dobrym zamknięciem tej nieprzewidywalnej płyty  jest Neon Noon, z syntezatorowymi plamami dźwiękowymi i rozwlekłym, psychodelicznym śpiewem. I tak mknie ten rollercoaster brzmieniowy – od klubu rave po stare kino, gdzie grają Felliniego, przez psychodeliczną łaźnię do baru w Manchesterze i z powrotem. Jestem pod wrażeniem pomysłowości tego zespołu – oto dowód na to, że w XXI wieku można z tysiące razy używanych muzycznych klocków zbudować ciekawą budowlę. Jeśli Sgt. Pepper’s był opus magnum generacji hippisów, to Velociraptor! może jak najbardziej być Sierżantem Pieprzem generacji hipsterów.
Dinozaury z tytułu albumu to w Parku Jurajskim Spielberga wyjątkowo wstrętne kreatury, których w żaden sposób nie można polubić. The point is … you are alive when they start to eat you. So you know … try to show a little respect – rzecze o tych bestiach Sam Neill w owym filmie. Może nie poczułem się jeszcze całkowicie zjedzony przez Kasabianowego jaszczura, ale zdecydowanie czuję do niego szacunek.
(8/10)

piątek, 18 listopada 2011

Iza Lach - Krzyk

IZA LACH
KRZYK (2011)

Druga płyta Izy Lach (rocznik 1989) wypełniona jest perfekcyjnymi popowymi utworami i z miejsca chwytającymi za serce sentymentalnymi melodiami, ale nie będzie raczej ulubienicą mainstreamowych radiów i telewizji. Wzorem dla Izy są raczej Beach Boys i The Beatles, a nie Modern Talking, słuchanie piosenek nie powoduje fizycznego bólu, a teksty nie uwłaczają inteligencji słuchacza. Te karygodne błędy w doktrynie sprowadzają ją do roli co najwyżej pupilki alternatywnych portali typu Porcys.
Otwierające album Futro cechuje się rzecz jasna uroczą melodią i typową dla Izy słodką, dziewczęcą manierą wokalną, ale ostra, przesterowana (metalowa wręcz!!!) gitara w intrze już na starcie zniechęciłaby zwykłego zjadacza radia. Ciekawie wypada również nienachalny klawisz i monotonne pykanie automatu perkusyjnego. Znacznie spokojniejsze oblicze młodej wokalistki odsłania – pod trochę mylącym tytułem – piosenka Krzyk. Mam wrażenie, że numer pasowałby do nowej płyty Coldplay. Subtelny klimat panuje też w Tylko mój, z cudowną, eteryczną melodią, Boję się – trochę w retro stylistyce, z fortepianem, i Czy pamiętasz. W tym ostatnim utworze wyraźnie czuję wpływ Nosowskiej z okresu płyty Osiecka – znów fortepian i coś jakby mandolina tworzy uroczo staroświecki nastrój. Zdecydowanie dynamiczniej wypada synthpopowy Nic więcej (rewelacyjny syntetyczny bas!) i Jeśli upadniesz. Oba utwory kojarzą się wyraźnie z barwną estetyką ejtisów, ale już Idź stąd przenosi nas w psychodeliczne lata 60. – absolutnie genialne harmonie wokalne budzą skojarzenia z The Beach Boys i The Beatles. Ciekawe wokalizy bez słów Iza prezentuje w G.I.C. i Wstań – dowód niewątpliwego talentu i oryginalności artystki. Żeby nie było za słodko: z kombinactwem wokalnym przesadza w Chociaż raz – pojękiwania Izy mogą mocno zirytować, a Wydaje mi się drażni wymuszoną, banalną do bólu melodyką.
Mimo pewnych niedoskonałości, nie można wobec tego albumu przejść obojętnie. Iza Lach jest niewątpliwie jednym z najciekawszych wykonawców na poletku ambitnego (czy też wręcz – alternatywnego) popu w naszym kraju. Monika Brodka, autorka przełomowej Grandy może się czuć na fotelu lidera zagrożona.
(7/10)

piątek, 4 listopada 2011

Cool Kids of Death - Plan ewakuacji

COOL KIDS OF DEATH
PLAN EWAKUACJI (2011)


W 2002 roku stali się sprawcami chyba ostatniej rewolucji na polskiej scenie rockowej. Niepokorni łodzianie dzięki butnym wypowiedziom w mediach i ostrym tekstom piosenek okrzyknięci zostali rzecznikami młodego, sfrustrowanego pokolenia bez perspektyw – tak zwanej Generacji nic, której swoistym hymnem stała się piosenka Cool Kids of Death pod tym samym tytułem. Także w warstwie muzycznej ich album self-titled był powiewem świeżego powietrza na polskiej scenie – ostry, brudny gitarowy rock, z wyraźnie słyszalnymi inspiracjami brytyjskim i amerykańskim indie rockiem. Nie dziwne, że nie tylko alternatywne media uczyniły CKOD swoimi pupilkami. Z biegiem lat łodzianie stopniowo złagodzili swój przekaz, najwyraźniej zmęczeni etykietką „buntowników z powodem”. Na swoim piątym albumie też wydają się buntownikami – ale buntownikami przeciwko... buntowi. Skomplikowane? OK, już wyjaśniam.
„Kulki” wyraźnie potoczyły się w stronę popu – zwłaszcza popu rodem z lat 80., z przedrostkiem „synth”. Słuchając płyty wiele razy miałem wrażenie, że inspiracją były płyty Depeche Mode z owej dekady. W Karaibskim pobrzmiewają klawisze jakby wyjęte ze Speak & Spell, w towarzystwie sekcji rytmicznej Joy Division. Drugą płytę DM – A Broken Frame – słyszę w Białej fladze. Republiki akurat nie słychać, ale wkomponowana w elektroniczne tło gitara akustyczna wywołuje u mnie jednoznaczne skojarzenia z estetyką – uwaga – Strachów na Lachy! Aby zakończyć wątek depeszowy, dodam jeszcze, że Złe rzeczy pobrzmiewa Mode z okresu Black Celebration, za to refren ewidentnie kojarzy się z indie-dyskoteką, której patronami są Franz Ferdinand. Kolejnym – chyba największym – zaskoczeniem na płycie jest Nie mam nic, oparty na rytmice... reggae, z chaotycznym, elektronicznym podkładem z mnóstwem dziwnych przeszkadzajek. Do muzyki tanecznej nawiązuje sporo utworów, ale nie powinno to jakoś specjalnie dziwić - jednym z ukochanych wykonawców wokalisty, Krzysztofa Ostrowskiego jest New Order. Zwrot w tę stronę wydaje mi się owym świadectwem buntu przeciw postrzeganiu Kulek jako wiecznych rebeliantów, punkowych anarchistów XXI stulecia. Wszyscy chcą od nas buntu, to my zagramy im na nosie i pójdziemy w pop. Ejtisowy „syntek” pojawia się w Pasie, Wiemy wszystko (tu z kolei daje znać też o sobie fascynacja Manchesterem) i singlowym Planem ewakuacji. Szczerze mówiąc, to był fatalny wybór, bo piosenka jest słabiutka, zupełnie nie przykuwająca uwagi, na dodatek brzmi, jakby CKOD zainspirowały ostatnie dokonania...Much! Na minus grupie zaliczam też numery Wyłącz to, z irytującym skandowaniem, i Dalej pójdę sam – w konsternację wprowadzają dziwaczne okrzyki i uboga melodyka. Ciekawie wypadają natomiast przebojowy, w konwencji „mainstreamowego indie”(bo indie pop to dla mnie coś innego) Chrystus, britpopowy Na kredyt z psychodelicznymi wokalami, i Matka noc, o interesującej, pogmatwanej strukturze.
Ważną stroną twórczości CKOD są teksty. Nie rzucają już butelkami z benzyną i kamieniami, ale to nie znaczy, że zaczęli śpiewać Ulala, I love you baby. W prowokacyjnym Chrystusie padają słowa: Chrystus nareszcie/W naszym cudownym mieście/Ponownie zstąpił na ziemię/Pewnie zaraz już zdechnie. W Białej fladze mamy znów pewną deklarację kontestacji: nie obchodzę rocznic, na czas nie wieszam flag, a w Na kredyt gorzką ironię: Przelewać będę pieniądze zamiast krwi. Nie do końca należy więc utożsamiać autorów tekstów, Ostrowskiego i Kubę Wandachowicza, z podmiotem lirycznym utworu Nie mam nic: Hej/nie mam nic/do powiedzenia Ci.
Nie da się ukryć jednak, że od strony muzycznej nowy album Cool Kids of Death nie prezentuje się jakoś szczególnie oryginalnie, ani ekscytująco. Utwory, jak na ten zespół moim zdaniem trochę zbyt wygładzone, są tylko i wyłącznie poprawne. Ale jak powiedział Ostry w wywiadzie dla listopadowego Teraz Rocka, jeśli ktoś zakłada, że zespół nie ma prawa się zmieniać to niech sobie tkwi w tym niezmienianiu i na okrągło słucha pierwszej płyty. I ma słuszność – doceniam chęć rozwijania się i pójścia do przodu, niemniej jednak chętniej będę wracał do wybuchowego jak butelka z benzyną debiutu.
(6/10)